Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
wtorek, 25 czerwca 2024 03:30
Reklama

Jestem złą mamą!

Jestem złą mamą! Jestem leniwa, nieodpowiedzialna, wredna, egoistyczna i się czepiam! Też tak macie? A zaczęło się już w niemowlęctwie mojego dziecia. Może dlatego, że nie był typowym dzieciem… Przytulałam i nosiłam mojego koalę, bo bardzo tego potrzebował, ale też – ku przerażeniu niektórych – układałam na kocu na podłodze wśród porozrzucanych zabawek. To była jego ulubiona forma spędzania czasu: wyciągał łapki po kolejne zabawki, czołgał się, pełzał, raczkował, czasami zasypiał. A ja miałam całkiem długie chwile dla siebie – na wypicie kawy, przygotowanie i zjedzenie kanapki, nawet przeczytanie czegoś. Nie rzucałam się w obłęd dbania o czystość – miało być czysto, ale nie sterylnie. Co ciekawe – dzieć uwielbiał odkurzacz i… zasypiał przy jego odgłosach. Kompletnej ciszy też raczej dzieciu nie serwowałam. No cóż, w domu często było kilka osób, odgłosy zza okna też docierały, czasami wpadał w odwiedziny pies (zaobserwowałam ciekawe zjawiska: jamnik jest bardzo opiekuńczy, daje znać, gdy pielucha jest mokra, za to niektóre psy boją się niemowlaków). Jestem nieczuła, wredna… Ze zdziwieniem przyglądam się rodzicom (szczególnie mamom), którzy w panice podrywają się, biegną do przewracającego się malucha i biadolą nad nim. Ciekawa jest obserwacja z boku: dziecko się przewraca, szuka wzrokiem rodzica i – gdy widzi, że rodzic patrzy na nie – wybucha rozpaczliwym płaczem. Kiedy mój dzieć uczył się chodzić i przewracał się, wtedy pomagałam wstać, otrzepywałam łapki i zachęcałam do kolejnych kroków. Kiedy już chodził pewniej, wtedy upadek kwitowałam słowami: „wstań i otrzep ręce”. Z powodu swojej nadruchliwości mój dzieć często ładował się w kłopoty i SOR był przez nas często odwiedzany. Lekarze ze zdziwieniem obserwowali, jak żartujemy sobie z kolejnego gipsu, czy opowieści o przebiegu zdarzenia. No cóż, ten typ tak ma. Jestem nieodpowiedzialna… Czytałam o trzylatku, który miał poważne zaburzenia apetytu – jadł jak automat: mechanicznie przeżuwał i połykał wszystko,, co zostało mu podane, sam nie umiał jeść, nie wiedział, że może odmówić. Jakoś nie wpadło mi do głowy, by karmić mojego dziecia na siłę. Chciał, to zjadał, nie – to nie. Żadnego „za mamusię”, żadnego „jeszcze jedną łyżeczkę”. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że dzieci są różne, ale tylko te z zaburzeniami łaknienia trzeba kontrolować. Pozwalałam próbować, godziłam się na osobisty gust kulinarny: zupki miksowane były bee, za to gęsty krupnik rozgnieciony tylko widelcem – super. Rocznemu dzieciu wręczałam łyżkę i stawiałam przed nim miseczkę z jedzeniem. Oczywiście początkowo pomagałam, uczyłam jak nabierać, jak donieść do buzi. Najczęściej sama wtedy też jadłam, żeby dzieć mógł obserwować. Nawet pozwalałam, by mnie karmił (hmm… znowu wychodzi, że jestem leniwa). Trwało to dłużej i było więcej bałaganu niż przy karmieniu, ale dzieć był cały dumny i… taki słodki z tą umorusaną buzią. Wykorzystuję dziecko... tak, przyznaję się. Odkąd chodził bez przewracania się, pomagał w noszeniu zakupów. Początkowo był to papier toaletowy, pieczywo, czy inne drobne/nietłukące się rzeczy, później stopniowo coraz cięższe. Dziś nie mam problemów i nie muszę sama dźwigać ciężkich zakupów. Wykorzystywałam też dziecięcą ciekawość i chęć działań: pozwalałam odkurzać, robić wspólnie kotlety mielone czy ciasta. Jestem egoistyczną mamą… Czasami, szczególnie w dni wolne od pracy, lubię pospać, więc nauczyłam dziecia robienia kawy w ekspresie przelewowym (czym zadziwiły się panie w przedszkolu, gdy w zabawie zobaczyły profesjonalne poczynania). Jestem złą mamą… Pozwalam decydować i ponosić konsekwencje. Kiedy był w stanie dokonywać wyborów, pozwalałam na to. Początkowo był to prosty wybór: „zielone, czy czerwone spodenki?”; „zjesz jabłko, czy gruszkę?”; „jogurt wiśniowy, czy brzoskwiniowy?”… Później wybory były coraz trudniejsze. Podpowiadałam metody, podpowiadałam konsekwencje wyborów, ale podpowiadałam jako jedne z możliwych, a nie narzucając swoje rozwiązanie. Nie chciałeś na czas się ubrać – wychodzisz do przedszkola w piżamie. Nie spakowałeś ręcznika czy majtek na zmianę, idąc na basen? No cóż – wymyśl jak sobie poradzić… Do szkoły spakowałeś tylko paletkę do ping-ponga – znajdź sposób na zorganizowanie sobie kartek i długopisu, a w domu przepisz do zeszytu. Rozlałeś – wytrzyj. Jest bałagan w twoim pokoju – posprzątaj. Rozkręciłeś gaśnicę w sklepie – idziesz do obsługi i przyznajesz się, prosisz o sprzątnięcie. Jestem wrednie konsekwentna. Dzieć nauczył się, że ZAWSZE dotrzymuję słowa. Jeśli obiecuję zabawę, to się z dzieciem bawię; jeśli obiecuję lody po dojściu do celu, to kupujemy lody po dojściu do celu; jeśli mówię „nie”, to nawet po setnej próbie złamania mnie, nadal jest „nie”; jeśli mówię, ze przed snem ma pozbierać zabawki, to potrafię obudzić i doprowadzić do sprzątnięcia zabawek. Nie odpuszczam, bo wiem, że testowanie się nasili (skoro raz się udało, to zapewne znowu się uda). Jestem nieodpowiedzialną, złą matką… wysłałam pięciolatka na kolonie, a ośmiolatka na obóz zuchowy. Nie przeraziło mnie, że część rzeczy nie wracała, a po obozie trudno było rozpoznać kolory (dzieć miał dodatkową radochę, bo deptał namoczone w wannie ubrania, by się odmoczyły i wypłukały chociaż część brudu). Wykorzystywałam różne okazje, żeby dużo zobaczył, poznał. Nie przerażało mnie, gdy wracał z podwórka cały ubłocony. Cierpliwie czekałam, gdy udało mu się przekonać flisaków, że chce im pomagać w wyciąganiu tratw. Ciągałam po górach, muzeach, skansenach, pokazywałam ciekawostki, rozmawialiśmy z ludźmi pracującymi w różnych zawodach. Nie rozróżniałam działań „męskich” i „żeńskich”. Pozwalałam działać młotkiem i piłą, a także bawić się lalkami i pomagać w kuchni. Zawsze przyświecała mi myśl, że wychowuję człowieka tak, by dał sobie radę w życiu, by był dobry, mądry, kreatywny, samodzielny i odpowiedzialny. Czy faktycznie jestem złą, leniwą i nieodpowiedzialną mamą?

Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
PRZECZYTAJ