Działka przy Przasnyskiej i Hübnera nie jest zwykłym skrawkiem gruntu. To teren z historią, z pamięcią społeczną i z bardzo konkretnym znaczeniem dla tej części Żoliborza. Dla jednych to po prostu zielony fragment między budynkami. Dla innych – jeden z ostatnich dowodów na to, że mieszkańcy potrafili kiedyś wygrać z logiką dogęszczania i zabudowywania wszystkiego, co jeszcze oddycha. I może właśnie dlatego dzisiejsza sytuacja tak boli. Bo nie chodzi już o starcie mieszkańców z deweloperem. Chodzi o zderzenie mieszkańców z tymi, którzy jeszcze niedawno sami opowiadali o obronie zieleni, a dziś próbują wcisnąć im opowieść, że zabranie kawałka wspólnej przestrzeni to właściwie żadna szkoda.
Ta zieleń nie spadła z nieba. Została wywalczona
Zanim na Żoliborzu Południowym przyjęto miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, ten teren przez lata pozostawał w zawieszeniu. A zawieszenie w Warszawie zwykle oznacza jedno: presję. Presję inwestycyjną, naciski, pomysły na „racjonalne wykorzystanie” gruntu, czyli najczęściej kolejne metry zabudowy. Działka przy Przasnyskiej i Hübnera również była kiedyś widziana inaczej niż dziś. Nie jako przestrzeń wspólna, nie jako zielony bufor dla okolicznych mieszkańców, ale jako miejsce, które można zabudować. Miały tu powstać dwa bloki mieszkalne a działka została nawet pod ten cel sprzedana.
To się jednak nie wydarzyło. Nie dlatego, że ktoś na górze doznał nagłego olśnienia, tylko dlatego, że mieszkańcy, społecznicy i ówcześni radni wykonali ogromną robotę. To był proces wieloletni, mozolny, niewdzięczny. Zbieranie uwag, nacisk na radę dzielnicy, walka o kształt planu, przekonywanie, że ten fragment Żoliborza Południowego nie potrzebuje kolejnego bloku, tylko oddechu. I właśnie dlatego tak ważne jest przypomnienie jednej rzeczy: zieleń w tym miejscu nie jest dziełem przypadku, tylko świadomej decyzji planistycznej poprzedzonej ciężka, wieloletnia batalią mieszkańców.
Warto też przypomnieć, że ówczesna rada dzielnicy – w składzie, w którym nie było obecnych dziś bohaterów tego sporu – opowiedziała się za takim właśnie kierunkiem. Nie za kolejną zabudową, nie za eksperymentem, nie za kombinowaniem, tylko za ochroną tego terenu jako zielonego. To nie była fanaberia kilku osób. To był efekt wspólnej, ponadpodziałowej pracy całej lokalnej społeczności.
I tu dochodzimy do sprawy kluczowej: do prawa. W polskim porządku prawnym obywatel może robić wszystko, czego prawo mu nie zabrania. Władza działa inaczej. Władza może robić wyłącznie to, na co prawo jej pozwala. To nie jest akademicka ciekawostka, tylko fundament państwa prawa. Jeżeli więc plan miejscowy dla tego konkretnego terenu czegoś nie przewiduje wprost, urząd nie może sobie tego „dopowiedzieć” na zasadzie luźnej interpretacji.
A plan jest tutaj bardzo pouczający. Są w nim miejsca, w których bardziej intensywne funkcje – jak boiska czy skatepark – są wskazywane precyzyjnie. Skoro planista chciał coś dopuścić, to umiał to napisać. Tymczasem dla tej działki zapisano zieleń urządzoną, przestrzeń publiczną i określony katalog dopuszczalnych urządzeń. Nie ma tu swobodnego zaproszenia do budowy wszystkiego, co komu wpadnie do głowy. Nie ma też zgody na traktowanie tego miejsca jak rezerwy pod polityczne pomysły. Należy również pamiętać, że decyzja burmistrza Mielcarza, w której wskazał ten właśnie teren jest nie tylko sprzeczna z planem miejscowy, ale również z decyzją poprzedniej rady dzielnicy, która zdecydowała o tym, że tu ma być publiczna zieleń, jak i rady miasta, nie wspominając o mieszkańcach
Najpierw prywatny plac zabaw, a gdy ludzie protestują – to może od razu boisko albo skatepark?
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów tej sprawy jest sposób, w jaki próbuje się rozmywać problem. Kiedy mieszkańcy zaczęli protestować przeciwko prywatnemu, ogrodzonemu placowi zabaw na wspólnej zieleni, w dyskusji pojawił się komentarz radnego Łukasza Porębskiego: skoro nie plac zabaw, to może „boiska do koszykówki lub mały skatepark”. To jest klasyczna manipulacja skalą. Ktoś bierze rozwiązanie już samo w sobie kontrowersyjne, a potem podrzuca jeszcze bardziej inwazyjne, żeby pierwsze zaczęło wyglądać rozsądnie.

To działa na prostym mechanizmie psychologicznym: skoro alternatywą dla prywatnego placu zabaw ma być boisko albo skatepark, to sam plac zabaw nagle wydaje się mniej uciążliwy. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie nie rozwiązuje podstawowego problemu. Bo istotą sporu nie jest wyłącznie to, co ma tam stanąć, ale dlaczego w ogóle ktoś uznał, że ten teren trzeba koniecznie czymś zająć.
Skatepark albo boisko pod oknami mieszkańców to pomysł nie tylko społecznie absurdalny, ale również prawnie wątpliwy. Właśnie dlatego, że plan miejscowy – tam, gdzie chce dopuścić takie funkcje – robi to wprost. Skoro w innych częściach planu zapisuje się możliwość budowy boisk czy skateparku, a tutaj takich zapisów nie ma, to nie jest to przeoczenie. To jest świadome rozróżnienie. I dokładnie w tym miejscu wracamy do zasady, że urząd nie może działać według logiki: „skoro nie ma zakazu, to może spróbujmy”. Nie, urząd musi mieć podstawę.
Tymczasem w wykonaniu Porębskiego wygląda to tak, jakby plan miejscowy był luźną inspiracją, a nie aktem prawa miejscowego. Równie charakterystyczne jest zachowanie burmistrza Tomasza Mielcarza, który z jednej strony próbuje zarzucać innym „manipulację emocjami”, a z drugiej sam operuje opowieścią o niewielkiej ingerencji, o „optymalnej lokalizacji”, o konieczności działania dla dzieci, jakby cały spór rozgrywał się między wrażliwością a jej brakiem. A nie między prawem, faktami i wolą mieszkańców a urzędniczą wolą przepchnięcia konkretnego pomysłu.
Decyzja lokalizacyjna zapadła wcześniej, niż dziś się przyznaje
Jednym z najbardziej wymownych dokumentów w tej sprawie jest odpowiedź urzędu na wniosek mieszkanki, z której jasno wynika, że urząd nie tylko analizował różne warianty, ale de facto uznał tę właśnie lokalizację za jedyną możliwą. W piśmie burmistrz Renata Kozłowska stwierdza wprost, że wniosek o odstąpienie od budowy prywatnego, ogrodzonego placu zabaw „nie może zostać uwzględniony”, a po analizie innych wariantów uznano, że alternatywne lokalizacje nie spełniają warunków umożliwiających ich wydzierżawienie .
Poniżej możecie przeczytać pełną odpowiedź urzędu na wniosek mieszkanki o alternatywne rozwiązania, w którym urząd jasno wskazuje, że to jedyna lokalizacja która jest możliwa.
To bardzo ważne, bo obala wygodną narrację, jakoby sprawa była całkowicie otwarta, a urząd dopiero wsłuchiwał się w głos mieszkańców. Nie. Z dokumentu wynika coś przeciwnego: proces był już zaawansowany, a władza przyjęła określony kierunek. W tym samym piśmie czytamy, że proponowana lokalizacja „uzyskała pozytywną opinię” odpowiednich wydziałów, że jest „zgodna z zapisami planu” i że obejmuje około 7 proc. działki, przez co – zdaniem urzędu – nie ma podstaw do obaw o charakter terenu. Działka w przeważającej wielkości nie ma drzew. Jest urządzona na skwer Krasińskiego, który posiada wiele elementów architektury użytkowej, huśtawki, ławki, ścieżki spacerowe, itp. Zatem wskazywanie, że ta zielona działka to jedynie 7% całości terenu jest oczywista manipulacją, bo jeśli wyodrębnimy z całego skweru zieleń, to okaże się, że prywatny plac zabaw zawłaszczy zieleń, która stanowi znacznie więcej niż to 7% wskazane przez Urząd w celu uzasadnienia wycinki.
Takie sformułowania nie brzmią jak język wstępnej refleksji. To brzmi jak język uzasadniania decyzji, która została już politycznie i urzędowo podjęta, tylko jeszcze nie została domknięta formalnie. I właśnie dlatego tak ważne jest odnotowanie roli społecznej presji. Bo jeśli dziś słyszymy o spotkaniach, rozmowie, konsultacjach, to nie dlatego, że dzielnica od początku chciała dialogu. Tylko dlatego, że materiał Gazety Żoliborza wywołał masowy odzew, a sprawa z zamkniętej procedury zrobiła się sprawą publiczną.
To zresztą jeden z najbardziej typowych mechanizmów lokalnej polityki: dopóki dokumenty krążą po urzędach, wszystko da się przedstawić jako „czynności robocze”. Kiedy jednak mieszkańcy zobaczą mapę, lokalizację, skalę ingerencji i pisemne uzasadnienia urzędu, okazuje się, że to nie była żadna luźna dyskusja. To był proces, który zmierzał do bardzo konkretnego finału.

Władza chciałaby być chwalona, nawet gdy zaprzecza własnym dokumentom
Najciekawsze w tej sprawie jest może nie to, że urząd próbuje przepchnąć kontrowersyjne rozwiązanie. Najciekawsze jest to, że jednocześnie chciałby być za to chwalony. Na Żoliborzu od dawna funkcjonuje specyficzny model komunikacji władzy: z jednej strony ogromna potrzeba pozytywnego przekazu, z drugiej – narastająca niechęć do każdego medium, które patrzy władzy na ręce i nie chce odgrywać roli klakiera.
Właśnie dlatego tak ważne są te wszystkie próby relatywizowania faktów. Słyszymy, że to tylko 262 metry kwadratowe. Że to tylko niewielki fragment. Że to tymczasowe. Że to nie jest duża ingerencja. Że mieszkańcy będą mieli wokół jeszcze dużo zieleni. To jest podręcznikowa operacja odwracania uwagi od sedna sprawy. Bo nie chodzi o to, czy plac zajmie 262, 270 czy 300 metrów. Chodzi o to, że urząd chce wydzielić z przestrzeni publicznej fragment zieleni dla prywatnego podmiotu i równocześnie przekonać mieszkańców, że w gruncie rzeczy nic się nie dzieje.
Tymczasem powyższa mapka z naniesioną lokalizacją pokazuje coś bardzo konkretnego: nie abstrakcyjny procent działki, tylko realne, wycięte miejsce w istniejącej zieleni, jedno z niewielu, jesli nie jedyne takie w całej dzielnicy.
Dlatego w tej sprawie tak ważna jest rola niezależnych mediów. Bo gdyby opowieść o tej inwestycji pozostawić wyłącznie w rękach urzędu i jego sprzyjających kanałów komunikacyjnych, skończyłoby się na kilku uspokajających akapitach i zapewnieniach, że wszystko odbywa się zgodnie z prawem i dla dobra dzieci.
Bez mieszkańców ta sprawa znów zostanie „załatwiona” ponad ich głowami
Są takie momenty w życiu dzielnicy, kiedy wszystko wraca do punktu wyjścia. W teorii mamy procedury, komisje, spotkania, zawiadomienia. W praktyce wciąż najwięcej zależy od tego, czy mieszkańcy uznają, że sprawa jest ich. Dokładnie tak było przy walce o plan miejscowy. Gdyby nie nacisk społeczny, ten teren nie byłby dziś zielenią. I dokładnie tak jest teraz.
Wkrótce odbędą się dwa bardzo ważne spotkania
- 25 kwietnia, godz. 11:00 – Skwer Krasińskiego,
- 27 kwietnia, godz. 17:00 – Komisja Skarg, Wniosków i Petycji w urzędzie dzielnicy.
Jeśli zależy Wam na tym aby urząd zostawił ten teren w spokoju, koniecznie musicie tam być.
Oba najbliższe spotkania mają znaczenie większe, niż może się wydawać. Pierwsze – terenowe – przy Skwerze Krasińskiego. Drugie – na komisji skarg, wniosków i petycji w urzędzie dzielnicy, gdzie radni zdecydują co w ich imieniu ma zrobić v-ce burmistrz dzielnicy. To miejsca, w których trzeba przypomnieć władzy prosty fakt: mandat wyborczy nie jest przepustką do dowolnego urządzania mieszkańcom życia pod oknami.
Zwłaszcza gdy mówimy o środowisku politycznym, które w ostatnich wyborach uzyskało na Żoliborzu najsłabszy wynik spośród wszystkich ugrupowań. A gdy schodzimy do poziomu konkretnych nazwisk, robi się jeszcze ciekawiej. Burmistrz Mielcarz i radny Porębski uzyskali kolejno 200 i lekko ponad 340 głosów. Tymczasem mówimy o decyzjach, które mogą bezpośrednio dotknąć setek, jeśli nie tysiące mieszkańców okolicznych budynków i spowodować nieodwracalne straty w zieleni
Nie chodzi przy tym o odmawianie im legalności. Chodzi o elementarną proporcję. Jeśli ktoś z poparciem mniejszym niż liczba mieszkańców jednej klatki schodowej chce urządzać ludziom pod oknami boisko, skatepark czy prywatny plac zabaw, to powinien mieć przynajmniej tyle przyzwoitości, by naprawdę ich wysłuchać. A nie tylko poinformować ich, że urząd już wszystko przeanalizował.
Vendetta przeciw Gazecie Żoliborza może mieć bardzo realne skutki dla ludzi
Jest jeszcze jeden wymiar tej sprawy, o którym oficjalnie nikt nie chce mówić, ale który wisi nad nią od początku. To osobisty stosunek części lokalnej władzy do Gazety Żoliborza i do mnie jako jej redaktora naczelnego. Nie od dziś wiadomo, że niezależne medium, które nie żyje z urzędowej przychylności i nie boi się punktować niewygodnych decyzji, dla części polityków jest problemem. Bo zaburza wygodny układ. Bo nie chce odgrywać roli tła. Bo sprawia, że dokumenty, które miały spokojnie przejść przez procedury, stają się publicznym tematem.
Czy mamy tu do czynienia z próbą wywołania efektu mrożącego? Z sygnałem: „uważaj, bo możemy wejść dokładnie tam, gdzie mieszkasz i o czym piszesz”? Nie mam dziś twardego dokumentu zatytułowanego „vendetta”. Ale mam obserwację, doświadczenie i logikę wydarzeń. I ta logika podpowiada, że nieprzypadkowo sprawa dotyczy właśnie tego miejsca, że nieprzypadkowo tak szybko uruchomiono narrację o „manipulacji emocjami” i „lokalnym potentacie medialnym”, i że nieprzypadkowo próbuje się mnie przedstawić nie jako dziennikarza opisującego dokumenty, tylko jako osobę kierującą się prywatnym interesem.
To stara metoda: zamiast odpowiedzieć na fakty, zaatakować tego, kto je ujawnia. Zamiast odnieść się do planu miejscowego, map, pism i komentarzy mieszkańców, stworzyć opowieść o złej intencji redaktora. Tylko że nawet jeśli ktoś naprawdę liczy na to, że w ten sposób przyciszy Gazetę Żoliborza, to robi to cudzym kosztem. Ceną tej gry może być nie tylko zniszczenie zieleni, ale także realne pogorszenie jakości życia tysięcy okolicznych mieszkańców.
I właśnie dlatego ta sprawa wykracza poza zwykły lokalny konflikt. Bo jeżeli władza zaczyna używać decyzji przestrzennych do pokazania, kto tu ma przewagę symboliczną, to przestaje działać w interesie wspólnym. Zaczyna grać w bardzo małą, bardzo osobistą i bardzo niebezpieczną grę.

Milion na wizerunek w prywatnym powiązanym z władzą podmiocie.
W tej sprawie trudno pominąć jeszcze jeden kontekst – sposób, w jaki władze Żoliborza komunikują swoje działania i ile to kosztuje mieszkańców. Burmistrz w jednym z komentarzy wskazał, że GAzeta Żoliborza powinna go chwalić za inne działania na rzecz zieleni, zainwestowane 40 tyś zł na ratowanie drzew a w ciągu ostatnich kilku lat na szeroko rozumianą promocję i budowanie wizerunku dzielnicy wydano kwoty sięgające niemal miliona złotych. Publiczne pieniądze, które w teorii powinny służyć informowaniu mieszkańców, w praktyce coraz częściej służą budowaniu jednostronnego przekazu o sukcesach.
To zestawienie nabiera szczególnego znaczenia w kontekście obecnej sprawy. Z jednej strony słyszymy, że nasze media „manipulują emocjami”, z drugiej – mamy do czynienia z systematycznie finansowaną komunikacją, która pokazuje rzeczywistość wyłącznie z perspektywy urzędu. Warte zaznaczenia jest to, że te media na Żoliborzu nie funkcjonowały, a ich obecność pojawia się równolegle z pojawieniem się finansowania z urzędu. Pod ostatnimi umowami widnieje podpis osoby zarzucającej nam brak pochwał, czyli samego Tomasza Mielcarza.
Pojawiają się też pytania o przejrzystość tych działań. Przez lata urząd nie prowadził podobnych zakupów reklamowych w lokalnych mediach, by następnie – w krótkim czasie – przeznaczyć znaczące środki na tego typu działania. Wyłącznymi beneficjentami są podmioty powiązane personalnie lub środowiskowo z lokalną polityką. To nie są zarzuty natury emocjonalnej, tylko fakty wymagające jasnego wyjaśnienia.
W tym kontekście oczekiwanie, że niezależne medium, jakim jest Gazeta Żoliborza będzie powielać urzędową narrację, jest po prostu nieuprawnione. Rola mediów lokalnych polega na czymś innym – na weryfikowaniu decyzji, sprawdzaniu dokumentów i pokazywaniu ich skutków. Zwłaszcza wtedy, gdy dotyczą one wspólnej przestrzeni.
Bo jeżeli na komunikację sukcesów można wydać milion złotych, a jednocześnie próbuje się przekonać mieszkańców, że ingerencja w zieleń to nasza manipulacja, to nie wygląda to dobrze.
Nie każdy teren trzeba urządzać. Dzikość też ma wartość
W całej tej sprawie szczególnie drażni mnie jedna rzecz: przekonanie, że przestrzeń ma wartość dopiero wtedy, gdy zostanie zaprojektowana, opisana, ogrodzona, wyposażona, urządzona. Tymczasem współczesna wiedza o mieście mówi coś odwrotnego. Nie każdy teren zielony musi być „uporządkowany”, żeby był wartościowy. Czasem właśnie to, że jest mniej urządzony, mniej przewidywalny, bardziej naturalny, stanowi jego największy atut. Wygląda na to, że burmistrz Mielcarz postrzega siebie jako szefa korporacji, w której może sobie robić co chce, tymczasem jest zastępcą burmistrza w SAMORZĄDZIE. Jego rola jest słuchanie mieszkańców, a ich opinia pod naszym ostatnim materiałem jest dla niego druzgocąca. Rozumiem, że może mu być trudno się z tym pogodzić, ale taka jest wola mieszkańców. Zostaw tę zieleń w spokoju. Idź być uszcześliwiaczem na siłę gdzie indziej.
Samosiejki, sukcesja naturalna, dzika zieleń – to nie są „chwasty do usunięcia”, tylko pełnoprawny element miejskiego ekosystemu. Takie miejsca stabilizują grunt, poprawiają lokalny mikroklimat, dają cień, wspierają retencję, tworzą siedliska dla ptaków i owadów. Są też po prostu bardziej odporne niż zieleń projektowana wyłącznie pod efekt wizualny. Każdy, kto choć trochę obserwował nowe nasadzenia przy ulicach i osiedlach, wie, jak często kończy się to powtarzanym w kółko rytuałem: wycinka, nowe sadzonki, obumieranie, kolejne wydatki, kolejne „rewitalizacje”.
Ale jest jeszcze drugi, równie ważny wymiar tej dzikości – ludzki. To miejsce nie jest puste. Ono żyje. Dzieci budują tam bazy, uczą się kontaktu z naturą, dotykają roślin, obserwują owady, chowają się w cieniu, tworzą własne scenariusze zabawy. Dorośli spacerują, wyprowadzają psy, po prostu odpoczywają od betonu, który i tak zdominował tę część Żoliborza. Nie wszystko musi być placem zabaw z katalogu. Nie wszystko musi być sterylne, certyfikowane i odseparowane od naturalności.
W czasach, gdy wszyscy tak chętnie mówią o bioróżnorodności, ekologii i adaptacji miast do zmian klimatu, pomysł ingerowania akurat w taki teren brzmi szczególnie absurdalnie. Zwłaszcza że mieszkańcy mówią jasno: nie chcą tego. A jeśli ludzie nie chcą, plan miejscowy tego nie przewiduje, a wartość przyrodnicza i społeczna miejsca jest realna, to pojawia się pytanie najprostsze z możliwych: po co w ogóle tam pchać ręce?
Zakończenie
Ta sprawa nie jest sporem o jedną huśtawkę, jedną mapę czy jedno urzędowe pismo. To spór o sposób myślenia o mieście. O to, czy przestrzeń wspólna jest naprawdę wspólna. O to, czy plan miejscowy ma być prawem, czy tylko luźną ramą, którą da się naginać zależnie od politycznej potrzeby. O to, czy mieszkańcy są partnerami, czy przeszkodą.
Na Żoliborzu Południowym ten egzamin już kiedyś zdaliśmy. Mieszkańcy potrafili się zorganizować i obronić ten teren przed zabudową. Dziś znów stoją przed podobnym wyzwaniem, tylko przeciwnik jest bardziej przewrotny. Nie przychodzi z folderem deweloperskim. Przychodzi z urzędowym pismem, argumentem o „niewielkiej ingerencji” i zapewnieniem, że działa dla dobra wspólnego.
A ja mam wrażenie, że dobro wspólne w tej historii jest akurat najmniej wygodnym argumentem dla tych, którzy próbują mówić w jego imieniu























Napisz komentarz
Komentarze