Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
niedziela, 19 maja 2024 04:40

Czy wygrany zawsze jest zwycięzcą?

I znowu krzyki. Marzena przerywa prasowanie. Zastanawia się, czy już interweniować, czy poczekać,
aż dzieci same się dogadają. Przecież grają w swoje ulubione bierki. O co znowu chodzi?

Niestety krzyk nasila się, przechodzi w szloch. Dochodzą też odgłosy rozsypujących się bierek i uderzenia czymś o ścianę.

– Nie wygrałaś, nie mogłaś wygrać, ja jestem najlepszy! Oszukiwałaś!

– Terefere, ruszyły ci się bierki, a mi nie. Tym razem ja wygrałam! – Marta nie ustępuje, broni swojego zwycięstwa.
– Poćwicz, a kiedyś też wygrasz.

– Nie będę ćwiczył, nie muszę, jestem najlepszy! A jak ja nie wygrywam, to nikt nie będzie grać! – Kuba depcze porozrzucane bierki.

– Stop! – Marzena doszła do wniosku, że tym razem musi wkroczyć, bo może być niebezpiecznie. – Kuba, siadasz na dywanie. Marta, powiedz co się stało?

Zdecydowany głos mamy osadził rodzeństwo.

– Ale mamo, to ja jestem poszkodowany! – Kuba nie daje za wygraną.

– Kubuś, palec na usta. Teraz mówi Marta.

– Ale mamo, ja lepiej opowiem!

– Kuba, pamiętasz o naszym regulaminie?

Kuba spojrzał na mamę spode łba, ale posłusznie usiadł na dywanie i położył palec na ustach.

– Dobrze. Marta, powiedz o co ten krzyk?

– Graliśmy w bierki – zaczęła Marta – no i Kuba zahaczył o bierkę i się poruszyły. A że wcześniej ja zbierałam i żadna się nie poruszyła, to powiedziałam, że wygrałam. Wtedy Kuba zaczął krzyczeć.

Znana scenka? Codziennie jakieś dziecko krzyczy i płacze gdy przegra w planszówkę, gdy nie jest pierwsze na mecie, gdy ktoś dostaje większy, lepszy prezent lub gdy inne dziecko jest bardziej chwalone za wiedzę, strój, śpiew czy rysunek.

Inna sytuacja – scenka z programu „Top Chef” – jeden z zawodników wyrzuca z frytownicy chipsy innego zawodnika. „To jest rywalizacja!” – twierdzi z butną miną. Jurorzy i zawodnicy są zdania, że to perfidne, niesportowe zachowanie. Krnąbrny zawodnik wylatuje z programu. Opuszczając studio jest oburzony. Uważa, że miał prawo tak postąpić. Podobnych historii można przytoczyć wiele. Codziennie, w polityce, w pracy, a nawet w szkołach i przedszkolach, można zauważyć wyścigi szczurów. Wszechobecne staje się dążenie do celu bez oglądania się na rywali, przypisywanie sobie zasług innych, poniżanie, deprymowanie, szukanie haków, obalanie autorytetów, mobbing, bullying czy stalking

Czy zanika empatia i zasada fair play?

Czy stajemy się samotnikami dążącymi po trupach do celu?

Czy rywalizacja jest ważniejsza niż działania w grupie dla wspólnego dobra?

Odpowiedzi twierdzące na powyższe pytania mogą wywołać przygnębienie. Szczególnie wśród osób empatycznych, prospołecznych, wrażliwych. Niestety wiele wskazuje na to, że zasady promowania siebie jako macho, cool, mistrza są rozpowszechnione i mają wielu zwolenników. Nie ma tam miejsca na specjalistów czy autorytety w danych dziedzinach, które zresztą ostatnimi laty są obalane i wyśmiewane. Magister krytykuje światowej sławy profesora, karierowicz szuka haków, czepia się słów, przeinacza fakty. Takie zachowania zdecydowanie nie są przejawami zdrowej rywalizacji.

Czy rywalizacja jest potrzebna? Tak. Ale nie zawsze i nie za wszelką cenę. Dążenie do celu, zdobywanie kolejnych stopni umiejętności bardzo często opiera się właśnie na rywalizacji. Tak jest na przykład w sporcie. Nie można być najlepszym we wszystkim. Każdy ma jakąś swoją zdolność czy zespół zdolności, które może rozwijać aż do perfekcji. Dla jednych będzie to muzyka, dla innych sport lub malarstwo. Przy włożonej pracy zrodzą się wirtuozi, mistrzowie sportu, wybitni artyści. Każdy ma też swoje ograniczenia, więc nie wszystkie marzenia będą miały szansę się spełnić. Warto jednak próbować przełamywać swoje bariery. Wielu tak robi i czerpie z tego wiele radości.

Jak uporać się z histerią dzieci wobec porażki? Jak nauczyć godnego przegrywania? Wielu rodziców mota się: ustępować, dawać wygrywać czy twardo mierzyć się z rzeczywistością?

Przede wszystkim tłumaczmy, że dojście do mistrzostwa to proces, a nie chęci. Pokazujmy wzorce (nobliści, wirtuozi, sportowcy), drogi kariery, kolejne szczeble, które trzeba przejść. Przytaczajmy historie z własnego życia, historie z życia dziecka (uczenie się sznurowania butów, jazdy na rowerze). Wyrównujmy szanse – jako dorośli mamy większą wiedzę, doświadczenie, siłę. Zaproponujmy sąsiadom turniej rodzinny, gdzie dziecko stanie przeciw dziecku, a dorosły przeciw dorosłemu. Chwalmy, motywujmy („wczoraj przejechałeś 5 metrów, dzisiaj już 20. Brawo!”).

Nauczmy dzieci, że pod żadnym pozorem nie wolno wyśmiewać przegranych, słabszych lub mniej zdolnych. To, że w danym momencie Staszek jest najlepszy w biegu na 100 metrów nie oznacza, że wygra następnego dnia czy za miesiąc. Uczmy szczerego gratulowania wygranym i przegranym – dla niektórych zajęcie przedostatniego miejsca jest już sukcesem.

Pamiętacie bajkę o żółwiu i zającu? Od czasów Ezopa powstało wiele jej wersji, były też one rozszerzane o kolejne biegi i kolejne morały. Najważniejsze w tej bajce jest to, że nie wolno lekceważyć przeciwnika, bo w sprzyjających warunkach każdy może być lepszym. W Internecie krąży filmik ukazujący przypadki, gdy pewni zwycięstwa przegrywają, bo zbyt wcześnie uznali swoje wygrane. Zamiast rywalizacji za wszelką cenę zacznijmy wpajać zasady współpracy, rozwijajmy umiejętności pracy w grupie, liczenia się z innymi. Uczmy respektu dla wiedzy, zdolności wykorzystywanych dla wspólnego dobra. Uczmy poszanowania autorytetów.

Nie każdy musi być przywódcą. Są ludzie, którzy są doskonałymi odtwórcami, którzy wolą siedzieć w swoim kąciku i pracować w pojedynkę. Są też urodzeni przywódcy – świetni stratedzy, którzy potrafią docenić i ukierunkować swoja armię. Dobry pracownik nie zawsze będzie dobrym szefem, a dobry szef nie zawsze sprawdzi się w roli szeregowego pracownika. Są ludzie, którzy wspaniale sprawdzają się w roli nauczycieli, potrafią przekazać wiedzę, zarazić miłością do swojej dziedziny, rozpalić zapał w dążeniu do wiedzy. Są tacy, którzy cieszą się z każdej możliwości uczenia się od innych, korzystają z ich doświadczenia, szukają odpowiedzi na nurtujące pytania, a zdobytą wiedzę przekuwają w działanie. Są też tacy, którzy nie lubią utartych dróg i przecierają nowe szlaki. Często poranieni cierniami niezrozumienia wymyślają nowe metody, tworzą wynalazki. Ale są i tacy, którzy chcą przemknąć przez życie nie podejmując trudnych decyzji, zdając się jedynie na kierowanie przez innych. Ludzie są różni. Chciejmy docenić tę różnorodność. Zobaczmy w niej potencjał do tworzenia społeczeństwa, w którym każdy jest potrzebny i dla każdego jest miejsce.

Bycie pierwszym nie zawsze oznacza bycie zwycięzcą. Często większym osiągnięciem jest zwycięstwo nad własną słabością. Nie trzeba być mistrzem, by być szczęśliwym. Małe zwycięstwa potrafią dać więcej radości – wystarczy nauczyć się je zauważać i doceniać.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
PRZECZYTAJ