
Tradycja tego miejsca sięga 1949 roku, prawda? Jak trafił Pan do tego miejsca?
Historia zakładu sięga 1949/50. Na samym początku właścicielem tego zakładu był pan Jan Rudnicki, wspaniały zegarmistrz i wspaniały człowiek, dzięki któremu ja rozpocząłem działalność zegarmistrzowską. Poznaliśmy się zupełnie przypadkowo: w 1977 przyjechałem do Warszawy z Olsztyna aby studiować na Akademii Wychowania Fizycznego na Bielanach. Mieszkałem w akademiku, miałem dużo czasu w soboty oraz w niedzielę, więc zwiedzałem Warszawę. W ten sposób zupełnie przypadkowo poznałem pana Rudnickiego, on zaczął mnie zagłębiać w tajniki zegarmistrzowstwa. Interesowałem się tym już wcześniej, w szkole średniej, ale nieprofesjonalnie. Jak już poznałem Pana Rudnickiego, rozpoczęła się konkretna nauka, potem musiałem zdawać egzaminy czeladnicze i do tej pory to trwa.

Pan wychował się w Olsztynie i już tam obudziła się w Panu pasja do zegarków. Jak to było?
To się zaczęło zabawnie: tata kupił budzik, jak byłem dzieckiem. Budzik zepsuł się i zaczął tata go naprawiać. Zamknął się w pokoju, nikt nie mógł nawet oddychać żeby mógł się skupić. Ale tak go naprawiał, że go nie złożył go w ogóle. Zostawił go w takim pudełku i koniec. Ja po jakimś czasie wziąłem ten budzik i stwierdziłem, że warto spróbować go naprawić. Udało mi się go złożyć, ale nie chodził. Ale przynajmniej go złożyłem! Potem znowuż tacie w pracy dał ktoś jakiś zegarek, ja ponownie zacząłem się tym bawić i w ten sposób się tym zaciekawiłem. Jak przyjechałem do Warszawy interesowałem się tym dalej, ale na zasadzie zabawy.
Ile miał pan lat, kiedy próbował pan złoży ten pierwszy zegarek?
To było jakoś w roku 1968, więc miałem 11 lat. Dzieciak jeszcze! W Warszawie jednak wszystko zaczęło się na poważnie.
Postanowił pan przerwać studia, aby zostać zegarmistrzem?
Nie, studia ukończyłem. Pracowałem przez jakiś okres jako trener strzelectwa. Jednak miłość do zegarków przewyższyła tę pasję i do tej pory pracuję. Jak pracowałem jeszcze w klubie sportowym, byłem koordynatorem sekcji strzeleckiej i miałem bardzo fajną pracę, bo lubię pracę z młodzieżą. Jeździliśmy na zawody, było to sympatyczne… ale to nie było to.
Przez pewien czas godził pan fach zegarmistrza z pracą w sekcji strzeleckiej?
Tak, oprócz tego, że pracowałem w klubie to w wolnych chwilach poświęcałem się zegarkom. Przyjeżdżałem tutaj, jak skończyłem studia musiałem iść na rok do wojska, do Morąga. Wróciłem, zresztą pan Rudnicki, który był moim szefem, bardzo mnie namawiał. No i miałem perspektywę osiedlenia się tutaj, większe możliwości.
Pierwszy zakład, prowadzony przez pana Jana Rudnickiego również znajdował się w tym lokalu?
Tak, to było dokładnie w tym miejscu. Zegar, który tam wisi na wystawie, ten czarny, wisi dokładnie 76 lat. Jak został powieszony przez pana Rudnickiego w roku 1950, tak do dzisiaj tam jest.

Jak pan wspomina pana Rudnickiego?
Bardzo zacny, uczciwy i dobry człowiek. Oczywiście genialny fachowiec, nawet w podeszłym wieku dalej wykonywał usługi najwyższej jakości. Nauczył mnie zresztą całego tego zawodu, rzetelności w stosunku do klientów, uczciwości. Bo to nie jest tylko kwestia dobrze wykonanej roboty, ale trzeba być też dobrym człowiekiem.
Skąd pochodził pan Rudnicki?
Urodził się w 1916. Pochodził ze okolic Wołynia. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci, nawet spaliśmy tutaj razem. Bardzo dużo czasu spędziliśmy razem, opowiadał mi o wojnie. Trafił już drugiego dnia do niewoli w Borach Tucholskich i pracował dla Niemców. Jak się skończyła wojna na piechotę przyszedł do Gdańska i tam rozpoczął pracę.
Czyli fachu uczył się w Gdańsku?
Fachu uczył się już w niewoli. Już wtedy świadczył jakieś usługi zegarmistrzowskie na nieco mniej profesjonalnym poziomie.
Smutna historia przekuta w życiową pasję?
Dokładnie tak. Kiedy wrócił z niewoli mieszkał jakiś czas w Gdańsku a potem przeprowadził się tutaj, w roku 1949 i założył rodzinę.
Łączyła was relacja ucznia z nauczycielem ale również przyjacielska?
Prawie rodzinna relacja. Spędzaliśmy bardzo, bardzo dużo czasu ze sobą. Pan Rudnicki odszedł w roku 1990. Od 1977 a później z przerwami to w 1984 byłem zatrudniony na stałe, a w 1988 pan Rudnicki przepisał to na mnie. I później to on był u mnie pracownikiem. Wspominam te czasy bardzo dobrze. Spędzaliśmy czas w warsztacie, ale pamiętam też nasze niedzielne wypady na starówkę, na obiad. A potem spacerowaliśmy wzdłuż Wisły na Żoliborz. Piękne czasy.
Ta witryna, która jest u Pana, jest tutaj od początku?
Tak, zrobiona przez pana Rudnickiego. Nie robię nic i nie odświeżam, dużo klientów zresztą mi mówi, żebym nic z tym nie robił bo widać, że to jest zakład z duszą. Tutaj jest bałagan. Artystyczny nieład można powiedzieć. Ale od rana pracuję i nie mam czasu tutaj poukładać. Niekiedy przychodzą też do mnie dzieci, mam od nich z 50 dyplomów.
Odwiedzają pana całe grupy z przedszkoli?
Tak, panie przedszkolanki często przyprowadzają do mnie całe grupy, abym pooopowiadał im o zegarkach. Takie kurduple. Przedszkola przekazują sobie nawzajem informację i niekiedy co tydzień tutaj przychodzą dzieciaki. Fajne jest to, że przychodzą do mnie dzieci - już dwudziesto, dwudziestopięcioletnie i wspominają, że byli u mnie tutaj, kiedy byli w przedszkolu. Patrzę, a tu chłop jak dąb, student albo już pracujący. Czas bardzo szybko leci.
Kolekcjonuje Pan również zegary. Czy któryś jest Pana ulubionym?

Generalnie to ja wszystkie zegary lubię. Ale ten tutaj, to jest pamiątka po Panu Rudnickim, on mi go przekazał i wisi na centralnym miejscu. Albo ten, to jest zegar bardzo stary, 1845. Dalej działa! Raz sznurek się w nim zerwał, dobrze, że mi na głowę nie spadł. Tu mam zegar francuski, to jest 1880 rok. Jest piękny i dalej chodzi, a ma prawie 160 lat.
Zdążył się pan przywiązać do Żoliborza, prawda?
Ależ tak, jestem tu już od 1977 roku do tej pory - 49 lat!
Miał pan wielu dość wyjątkowych klientów. Kogo pan najczęściej wspomina?
Mam i miałem sporo bardzo fajnych klientów. Bardzo cenię sobie jako klienta i jako człowieka pana Jerzego Maksymiuka, słynnego dyrygenta. Wspaniały człowiek, odwiedza mnie bardzo często i zaprosił mnie kiedyś nawet na swój koncert do Opery Narodowej. Bardzo dużo jest klientów z zagranicy. Miałem fajnego klienta, reżysera, nie będę mówił nazwiska, który przyjechał z Brazylii i przywiózł mi dwa zegarki, których nikt nie chciał mu naprawić. Jak obejrzałem te zegarki zauważyłem, że faktycznie są trudne do naprawy, ale stwierdziłem, że spróbuję. No i faktycznie, to był zegarek piage, to są cieniuteńkie zegarki, nie kwarcowe ale mechaniczne, nakręcane. Podjąłem się naprawy i się udało, był ten pan niesamowicie zadowolony.
Kiedy to było?
Jakoś w 1987. Codziennie przychodzi tutaj dużo ciekawych klientów. Większość jest fajna i sympatyczna, znamy się z niektórymi od dziesiątek lat.

Ma pan tutaj naprawdę spore grono stałych klientów. Za szybą widnieją również autografy niektórych z nich
Tak, tutaj jest Albert Sosnowski, mistrz Europy w boksie, walczył nawet z Kliczką. Niestety przegrał, ale sam Kliczka wspomina że był bardzo dobrym bokserem. Paweł Natula, mistrz olimpijski w judo. Agnieszka Rylik, kickbokserska. Niesamowitą przyjemność mi sprawia ta praca. Jestem już piąty rok na emeryturze, ale wolę pracować. Sprawia mi to satysfakcję.
Czyli sport pana nie opuszcza? Ma pan mnóstwo klientów sportowców.
Dokładnie tak, wiedzą, że ja ukończyłem uczelnię i przekazują jeden drugiemu informację o mnie. Bardzo sympatycznie wspominam też moich profesorów z uczelni. Naprawiali u mnie zegarki, dalej przychodzą! Wspominaliśmy sobie te czasy studenckie. Różni sportowcy, jak się kończyły Igrzyska Olimpijskie przyjeżdżali, czasem jakąś koszulkę mi przywieźli.
Jak zmieniło się prowadzenie takiego biznesu na przestrzeni lat?
Praca jako praca jest oczywiście taka sama. Przybyło oczywiście innych zegarków. Jak rozpoczynałem pracę nie było zegarków bateryjnych i kwarcowych. Były same mechaniczne. Bateryjne i kwarcowe pojawiły się w latach osiemdziesiątych. Zmieniła się troszeczkę to podejście do zegarków. Naprawa zegarka mechanicznego a kwarcowego diametralnie się różni, są inne zasady. Zmieniły się też sytuacja społeczno-polityczna. Na początku było mi bardzo ciężko prowadzić działalność gospodarczą. Następowały zmiany społeczne, polityczne, trzeba było walczyć, żeby zostać w tym lokalu, żeby ktoś mnie nie przelicytował.
Mówi pan o latach dziewięćdziesiątych?
Tak, koniec lat osiemdziesiątych i początek lat dziewięciesiątych. Prywatyzacja. To były bardzo trudne czasy, ale jak to przetrwałem, to wszystko przetrwam! Teraz jestem bardzo zadowolony że zostałem, że pracuję.
Jest pan bardzo przywiązany do tego miejsca, prawda?
Bardzo. Dlatego staram się nie myśleć o tym, że powoli nadchodzi czas, kiedy powinienem odejść. Ale jeszcze nie, za daleko, odsuwam to w myślach. Dopóki oczy i zdrowie pozwalają, będę dalej funkcjonował.
Myśli pan, że w przyszłości ktoś przejmie po panu ten interes?
Niestety nie. Tutaj jest ten problem, i powód, dla którego jestem tak zdeterminowany, żeby dalej pracować, bo nie mam komu tego przekazać. I syn i córka poszli w innym kierunku, nawet nie chciałem, żeby to kontynuowali, bo praca jako praca jest fajna - natomiast żeby przeżywać ciężkie sprawy związane z prowadzeniem tej działalności… Nie chciałem dla nich tych trudności.
Jaką przyszłość ma ten fach? Czy ludzie dalej chcą być zegarmistrzami?
Tak i jest to bardzo pocieszające, że sporo młodych ludzi tworzy jakieś kluby zegarmistrzowskie. Spotykają się, wymieniają się wiedzą, zegarkami. Natomiast jeżeli taki młody zegarmistrz chce rozpocząć pracę, to jeżeli będzie tylko chciał wykonywać ten zawód, będzie to lubił i nie będzie nastawiony na zarabianie kokosów na samym początku, naprawdę może mieć bardzo dużo pracy i korzyści z tego. Trzeba chcieć. Może oczywiście ograniczyć się do wymiany baterii i zakładania pasków, ale może się też w to zagłębić. Zegarmistrzostwo to jest też toczenie części, dorabianie części mechanicznych. Tutaj jeśli będziesz tylko chciał, to możesz związać przyszłość z tym zawodem. Zwłaszcza, że zegarmistrzów jest coraz mniej, a więc nie będzie takiej konkurencji jak na przykład 20 lat temu.
A zegarki ludzie dalej noszą, prawda?
Oczywiście, dalej noszą, cały czas! Klienci przynoszą mi po kilka zegarków. Czasami mam tak dużo pracy, że się z nią nie wyrabiam siedząc tutaj od rana. Ten zawód nie zaniknie, zegarki są potrzebne i jest duża gama zegarków - na rękę, wiszące, stojące. Oprócz funkcji dekoracyjnej są w dalszym ciągu użytkowe.
I nie uważa pan że zostaną w pełni wypchnięte przez te elektroniczne?
Nie, nie będą w pełni zastąpione przez elektroniczne. Oczywiście, starych zegarków jest coraz mniej. Ale i tak jeszcze jest ich dużo, całe pokolenie może z nimi pracować.
To lepiej mieć zegarek czy mieć czas?
Ja bym jednak wolał mieć czas. Zegarek to jest rzecz nabyta, a czasu nie da się zatrzymać i bardzo szybko leci.

Napisz komentarz
Komentarze