W tym liście od czytelniczki przeczytasz m.in. o:
- realiach funkcjonowania SOR-u w Szpitalu Bielańskim widzianych oczami pacjentki
- łamaniu praw pacjenta i braku ochrony danych wrażliwych
- chaosie organizacyjnym, przeciążeniu personelu i wielogodzinnym oczekiwaniu na pomoc
Miałam niebywałą nieprzyjemność trafić na SOR w Szpitalu Bielańskim. A było to tak:
Dostałam skierowanie od lekarza specjalisty do szpitala – na odpowiedni oddział – w celu obserwacji, poszerzenia diagnostyki i znalezienia przyczyn moich problemów. Po niepowodzeniu w szpitalu WIM Szaserów (ojjj, im też należy się uwaga): po kilku miesiącach oczekiwania na konsultację kwalifikującą na oddział, na koniec przykrej rozmowy usłyszałam: „Przyjmujemy tylko przypadki ostre udarowe”. Hmm. Ciekawe, że w stanie ostrym każe się czekać kilka miesięcy. Wszak przy udarze liczą się nawet minuty.
Zasugerowano mi Szpital Bielański. Nie zważając na to, że był 30 grudnia, pojechałam tam, by ustalić, co się da. W sekretariacie oddziału spojrzano na skierowanie i stwierdzono, że mam szansę, bo są wolne miejsca, więc najlepiej, żebym zapakowała się na pobyt i poszła na Izbę Przyjęć.
Z zapakowaną torbą, po poszukiwaniu Izby Przyjęć, około godziny 16:00 weszłam na SOR. Pytałam różnych osób (w tym pracowników wychylających się zza „magicznych drzwi”), ale nikt nie potrafił udzielić mi odpowiedzi. Okazuje się, że w Szpitalu Bielańskim nie ma typowej Izby Przyjęć. Najwyraźniej – ku frustracji i upokorzeniu pacjentów – połączono ją z SOR-em.
Najpierw czeka się na rejestrację. Nie można uzyskać nawet najprostszej informacji, jeśli nie weźmie się numerka. Pani niemal krzykiem informuje o tym nie tylko Ciebie, ale i innych. Wróciłam więc po numerek. Był on pobierany także dla pacjentów przywożonych przez pogotowie. Ratownik brał numerek, pokazywał go rejestratorce i wręczał poszkodowanej osobie, by sama dalej radziła sobie i czekała – jak wszyscy.
W przypadku osoby z wypadku, do której przyszło dwóch policjantów, nie uszanowano prywatności. Dane osobowe, dane wrażliwe – cóż, w poczekalni nie było miejsca, gdzie można by porozmawiać poza forum publicznym. Całe szczęście przy rejestracji moje dane nie zostały ujawnione, bo o to zadbałam. Nie jest to jednak regułą – słyszałam imiona, nazwiska, numery PESEL i inne dane kilku osób.
Dostałam opaskę z danymi i kolejny numerek. Sala była pełna ludzi. Brak choćby automatu z napojami czy czymkolwiek do jedzenia. Jest maszyna z wodą, ale nie ma kubków. Na szczęście miałam ze sobą coś do picia. Czas się dłużył. Niektórzy rezygnowali. Następny etap to oczekiwanie na triaż (ładna nazwa na selekcję/segregację). Czasami trwa to godzinę, czasami dwie, czasami dłużej. Czym jest triaż w Szpitalu Bielańskim? Pomiarem temperatury, ciśnienia, saturacji i wypytaniem o cel przyjścia. Można zgłosić tylko jeden problem. Ankietę wypełnia pielęgniarka lub pielęgniarz. Przeszłam triaż około godziny 19:00.
Tablica w poczekalni wyświetla numerki z podziałem na etapy i kolory ważności, wraz z przybliżonym czasem przyjęcia. Naiwni – nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością.
Następnie przyszły długie godziny oczekiwania na wezwanie, by przekroczyć kolejny próg i wypatrywać lekarza. Około 22:10 zostałam wywołana – tym razem według numerka na opasce – i przeszłam przez „magiczne drzwi”.
Jak tam jest? Bardzo nieprzyjemnie. Wszystkie łóżka zajęte, sale przepełnione. Każde krzesło i każde miejsce do siedzenia okupowane i pilnowane. Mnie przypadł w udziale wózek inwalidzki. Przejścia są tak wąskie, że nawet wózkiem trzeba lawirować. Słychać pokrzykiwania na pacjentów, dziwne krzyki chorych domagających się uwagi, np. podania kaczki czy basenu. Czuć nieprzyjemny zapach – są pacjenci, którzy załatwiają się w pościel. Siedzę z zakrytymi ustami i nosem.
Wygląda to tak, jakby nikomu na niczym nie zależało. Pobieranie krwi na korytarzu. Podawanie kroplówek na korytarzu. Jedna wspólna toaleta – bez zamka. Powolne ruchy, a czasem wręcz chowanie się personelu, gdy w poczekalni zemdlała najpierw jedna, a chwilę później druga kobieta. Znajomy jednej z nich niemal siłą wdarł się do drugiej poczekalni i domagał się pomocy. Dopiero wtedy ktoś zareagował.
Obie kobiety przywieziono i pozostawiono na wózkach. Jedna dostała torbę, by do niej wymiotować. Po pewnym czasie trafiła tam kolejna kobieta, która co chwilę wymiotowała. Bliscy chorych byli wypraszani.
Zaczęła mnie koszmarnie boleć głowa i kręgosłup. To była już szósta godzina. Około 22:30 zeszła z oddziału lekarka. Wypytywała, jak chciała, co chwila mi przerywała, nie chciała zobaczyć dokumentacji. Zbadała mnie, po swojemu zinterpretowała sytuację i wydała zlecenia na pobranie krwi oraz rezonans. Właściwie już wtedy przesądziła, że mnie nie przyjmie.
O 23:30 zawieziono mnie sprawnym wózkiem na badanie. Tu – o dziwo – poszło sprawnie. Kolejki nie było. Po badaniu wróciłam i znów czekałam.
Nocna zmiana, od godziny 24:00, to jeden lekarz i jeden pielęgniarz. Jest jeszcze pan z ochrony – nazwijmy go „drzwiowym”, bo jego głównym zadaniem jest naciskanie przycisku otwierającego drzwi. To był dzień potężnej śnieżycy w Warszawie. Pacjentów wciąż przybywało.
O 1:10 pobrano mi krew. Personel był skrajnie przeciążony – mieli pod opieką kilkadziesiąt osób. Na pytanie, czy można poprosić lekarkę, słyszałam, że „nie mają takiej mocy”. Gdy zwróciłam uwagę, że czekam już wiele godzin, usłyszałam: „Tu zawsze tak jest, nie ma na to rady”.
Czekałam więc dalej. Przysypiałam, o mało nie spadając z wózka.
Około 8:00 przyszła dzienna zmiana. Ruch zrobił się niesamowity – jak w ulu, tyle że zupełnie nieuporządkowanym. Pacjentom leżącym na salach podawano posiłki i picie w styropianowych opakowaniach. Siedzącym na korytarzu – nie. Jest saturator i kubki. Tyle.
Pojawiła się też „moja” pani doktor. To była już siedemnasta godzina mojego pobytu. Na korytarzu wręczyła mi dokumenty i bardzo głośno omawiała mój przypadek, kompletnie ignorując ochronę danych wrażliwych. Skupiła się na lekach psychiatrycznych i zakwestionowała leczenie oraz kompetencje mojego psychiatry. W wypisie zawarła wręcz „instrukcję” dla niego: co usunąć, co zmniejszyć, co zalecić. Pani, która widziała mnie pierwszy raz w życiu.
Byłam skrajnie wykończona, z bólem głowy i kręgosłupa, prawie śpiąca. Nie zareagowałam. Inni pacjenci byli wyraźnie zszokowani.
Musiałam jeszcze chwilę posiedzieć i odreagować. Cel skierowania nie został osiągnięty. Skierowanie zostało w szpitalu. Ja wyszłam bez diagnozy i bez wyjaśnienia, co się ze mną właściwie dzieje.
Podsumowując: nie jest to SOR godny polecenia. Połączono Izbę Przyjęć z SOR-em w sposób skrajnie nieprzyjazny pacjentom. Nie przestrzega się zasad ochrony danych osobowych i praw pacjenta. Dyżury są fatalnie zaplanowane. Brakuje empatii i szacunku. Oddział nie jest przystosowany do zwiększonej liczby pacjentów, a czas pobytu jest sztucznie wydłużany. Funkcjonuje tu zasada: „tak tu jest” – czyli nic się nie da zmienić.
„Obyś trafił na SOR w Szpitalu Bielańskim”.
Nikomu tego nie życzę. Trzeba być bardzo zdrowym i odpornym, by tam chorować i szukać pomocy.
Czy macie podobne doświadczenia z tego SOR-u?
Anna Szymańska




















Napisz komentarz
Komentarze