Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 24 maja 2024 12:32

"Monika Osińska nie znosi krwi, dlatego rabowała"

Krzyknęła: „O Jezu, ratunku, pomocy!”. Wtedy Monika Osińska wypowiedziała umówione „już”. Podczas składania zeznań zaprzeczyła jednak, że dała znak do ataku. Zabili sekretarkę, bo chcieli mieć na dragi, alkohol i niezapomnianą studniówkę. – Przeczytanie aktu oskarżenia czy zarzutów wywołało wstrząsające wrażenie – mówił adwokat jednego ze sprawców. 

Piątek, 19 stycznia 1996 roku. Jak zwykle o tej porze śnieg i lód skuwają Warszawę. Do biura „Abigel” znajdującego się w bloku mieszkalnym na Tarchominie próbują dostać się dwie uczennice. Chcą skserować notatki do szkoły. Dzwonią dzwonkiem do drzwi jednak nikt nie otwiera. Jedna z nich naciska na klamkę, żeby przekonać się, czy biuro rzeczywiście jest zamknięte. Wchodzą do środka i mówią głośno „dzień dobry”. Nikt nie odpowiada.

Jak miała później zeznać Monika Osińska, myśl o zbrodni przyszła spontanicznie. Sufit, zasłony, sprzęt biurowy, dokumenty, wszystko obficie zbryzgane krwią.

Tego samego dnia o godzinie 19:15, kiedy przyszli policjanci, czułem, jak mi się ziemia usuwa, a świat wali. Zawieziono mnie do biura. Na podłodze leżała ona – Jolka – relacjonuje w liście do znanej psycholog, Krzysztof Orszagh, właściciel agencji, w której dokonano zbrodni, a prywatnie szwagier ofiary – Jej głowa, ramiona, toną całe we krwi. Ta śliczna twarz, teraz tak nienaturalna, wyrażająca cierpienie. Ściany, sufit, zasłony, sprzęt biurowy, dokumenty, wszystko obficie zbryzgane jej krwią. Za chwilę zjawia się Sławek - narzeczony Jolki. Bez słów ściskamy się. Nikt jeszcze nie wie, że za brutalne morderstwo odpowie trójka licealistów w tym Monika Osińska.

Ślady obrażeń na jej twarzy były widoczne nawet po retuszu

Tydzień po morderstwie odbył się pogrzeb Jolanty. Kierowcy karawanu ulegli namowom bliskich Brzozowskiej. Byliśmy w Ursusie koło domu jej miłości, potem na Chomiczówce obok naszego domu, wreszcie na Tarchominie, gdzie było jej biuro i gdzie sama mieszkała, gdzie jej start w życie okazał się jej metą – pisze w liście, który wysłał Marii Łopatkowej, Krzysztof Orszagh.

Według relacji bliskich twarz Jolanty nawet po zabiegach estetycznych nosiła ślady brutalnego znęcania się.
Jolanta Brzozowska była najmłodsza spośród siódemki rodzeństwa. Kilka miesięcy przed śmiercią, miała wziąć ślub. Do Warszawy przeprowadziła się od razu po maturze. Wcześniej, jako nastolatka, często przyjeżdżała do stolicy, gdzie mieszkała jej siostra. Skończyła liceum ekonomiczne i kurs komputerowy. Pierwszą pracę zdobyła w jednej z telewizyjnych firm, w której pracował jej szwagier, Krzysztof Orszagh. Później została jego asystentką firmie „Abigel”. Była niezawodna, perfekcyjna, uczciwa, dyspozycyjna. Była po prostu ideałem asystentki, dobrą duszą tej firmy. Była łagodna i czuła. Jej ciepły uśmiech był jak balsam – Orszagh.

W areszcie doszedłem do obłędu. Zastanawiałem się, czy może ja czegoś nie pamiętam

Krzysztof Orszagh, feralnego dnia wyszedł z pracy wcześniej niż zwykle. Na początku śledztwa jest głównym podejrzanym w sprawie zabójstwa Jolanty Brzozowskiej. Nie miał żadnego alibi. Podejrzenia policji wzbudza m.in. stwierdzeniem, że brakuje telefonu komórkowego i pagerów. Mundurowi zinterpretowali to jakby Orszaghowi zależało jedynie na elektronice. Szef „Abigel” chce w ten sposób zwrócić uwagę na możliwość namierzenia sprawców morderstwa. W odpowiedzi słyszy, że po zamordowaniu Joli mógł wszystkie urządzenia wyrzucić do Wisły.

W areszcie doszedłem do obłędu. Zastanawiałem się, czy może ja czegoś nie pamiętam, że może jakaś dziura jest w mej pamięci i że to jednak ja zabiłem? Po przesłuchaniu na policji, gdy mi wtłaczali, że to zrobiłem, że miałem Bóg wie, jakie motywy, zacząłem się zastanawiać, czy oni nie mają racji. To było chore – mówił w wywiadzie dla Gazety Wyborczej.

Screen z wizji lokalnej
Monika Osińska na miejscu zbrodni. Screen z wizji lokalnej

Po zwolnieniu z aresztu natychmiast rozpoczął prywatne śledztwo. W akcie desperacji zwrócił się do jasnowidza. Zawsze do takich paranormalnych historii odnosiłem się sceptycznie, ale gdy człowiek nie ma żadnego zaczepienia, wszystkiego się chwyci – mówi dla Gazety Wyborczej Krzysztof Orszagh. Jedna z wróżek przekazała mu informację, że duch Joli powiedział jej, że zna jednego z zabójców. Drugi z jasnowidzów miał wizję, że jeden ze sprawców ma bliznę po włosami na głowie. Okazało się to prawdą.

Namierzył komórkę, sprawdził listę lokatorów i dotarł do sprawców

W ramach prywatnego śledztwa Orszagh nie poprzestał jedynie na wizytach u wróżek. Mężczyzna dotarł do osoby, która miała wpływy w Centertelu, ówczesnego operatora telefonii komórkowej. Już wtedy wiedział, w jakim kwartale ulic znajduje się ukradziona komórka. Dodatkowo Krzysztof kupił pager z tym samym numerem, co ten ukradziony podczas morderstwa.

Dzięki temu mógł czytać całą korespondencje poszukiwanych przez niego ludzi. Dowiedział się, że użytkownicy skradzionych pagerów posługują się pseudonimami „Osa” i „Gołąb”, a jeden z nich jest maturzystą. Z przesyłanych wiadomości udało się zdobyć nawet numer telefonu do pracy trzeciej osoby, która w konwersacji podpisywała się SM. Kim była ta osoba i czy to ona ukradła urządzenia? Orszagh zadzwonił na przechwycony numer. Wcześniej jednak sprawdził listę lokatorów bloków z obrębu ulic, z których nadawany był sygnał z komórki. Sprawdził też w urzędzie stanu cywilnego, jakie są najczęstsze imiona w roczniku maturalnym rozpoczynające się na literę „S”. Okazało się, że trop doprowadził go do Sebastiana Mikulskiego.

Mówił, że jest sporo pieniędzy do zabrania, kserokopiarka, telefon komórkowy i złota biżuteria. Cały czas nakłaniał mnie do tego i Roberta

Zrabowane rzeczy przekazałam Sebastianowi do sprzedania, ale sprzedał jedynie wideo i resztę mi oddał – mówi w trakcie zeznań Monika Osińska. Mikulski wskazał policji adres trzech licealistów. Cała trójka równo miesiąc po morderstwie składa zeznania.

Zaproponowała rabunek. „To miał być żart”

Myśl o dokonaniu napadu pojawiła się spontanicznie. Około 12: 30 udałam się do szkoły. Lekcje miały zacząć się o 13: 15 – zeznaje Monika Osińska, pseudonim „Osa”. Tego dnia, uczennica klasy maturalnej pojawiła się w szkole przy ulicy Szczawnickiej tylko na chwilę. Weszłam do bufetu, nie poszłam na lekcje, bo przed wyjściem z domu spożyłam trzy piwa EB – zeznaje w sądzie dziewczyna.

W bufecie spotkała Marcina Murawskiego, pseudonim „Jogi” i Roberta Gołębiowskiego znanego, jako „Gołąb”. Wszyscy z jednego rocznika, ale z różnych klas. Cała trójka spotykała się po szkole. Chodziliśmy często na piwo i dyskoteki – mówi Monika Osińska. Jak zeznała podczas przesłuchań, rabunek zaproponowała żartem rozmawiając z chłopakami w bufecie szkolnym. Do rozmowy wrócili później u koleżanki Gołębiowskiego. Z konkretną propozycją wychodzi Murawski. Powiedział, że jest trochę rzeczy do wyniesienia z pomieszczeń stanowiących jednocześnie biuro i mieszkanie w agencji „Abigel” na Tarchominie. Powiedział, że pracuje tam znajoma, którą określił, jako „młodą dupę” – relacjonuje Osińska.

Przeciętny chłopak z normalnego domu. Nikogo nie słuchał

Jolka i moja żona, a także ja, darzyliśmy go pełnym zaufaniem. Znaliśmy go od trzech lat. Wpuścilibyśmy go do domu nawet w środku nocy. Był po za wszelkim podejrzeniem do samego końca – pisze w liście do Marii Łopatkowej, znanej pedagog i autorki książki "Morderstwo przed studniówką" Krzysztof Orszagh.

Marcin Murawski od trzech lat pracował w „Abigel”. Kolportował krzyżówki wydawane przez agencję. Pracę znalazła mu matka. Chciała, żeby poznał życie i nauczył się uczciwie zarabiać. Nie słuchał rodziców i nauczycieli. Mimo to nie zawalał szkoły, a na osiedlu miał dobrą opinię. Matka Murawskiego, nie miała z synem kłopotów z wyjątkiem kilku wybryków. „Jogi” w wieku 16 lat trafił na sądową wokandę za kradzież pieniędzy, a jakiś czas później został zatrzymany wraz ze swoimi znajomymi za jazdę kradzionym samochodem.

W dniu morderstwa chłopak wrócił do domu wczesnym wieczorem. Rodzice w zachowaniu syna niczego dziwnego nie zauważyli. Do chwili przyjścia policjantów nic nie wiedziałem o zabójstwie dziewczyny. Po reakcji mojego syna po przyjściu policji sądzę, że nie ma on z tym nic wspólnego – mówi ojciec „Jogiego” w trakcie prowadzonego śledztwa.

Wszyscy muszą zostać unieszkodliwieni

– Mówił, że jest sporo pieniędzy do zabrania, kserokopiarka, telefon komórkowy i złota biżuteria. Cały czas nakłaniał mnie do tego i Roberta – zeznaje Monika. – O 15:00 wyszliśmy od koleżanki Gołębiowskiego, wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do krawca, gdzie Marcin zwężał spodnie na studniówkę. Wcześniej cała trójka uzgodniła, że pojedzie do agencji. Nie wiedzieli ile osób będzie w biurze. Zdecydowali, że wszyscy muszą zostać, jak to określił Murawski, unieszkodliwieni. Mówiłem, że nie mogę się tam pokazać, bo mnie znają i że jeśli się tam pokażę, to trzeba będzie tam znajdującą się osobę zabić – mówi podczas zeznań Marcin.

Po drodze podjechali do jego domu skąd chłopcy wzięli kij bejsbolowy, nogę od stołu i rękawiczki. Według relacji taksówkarza, w drodze z Gocławia na Tarchomin licealiści wygłupiali się, a najgłośniejsza była dziewczyna. W międzyczasie Osińska zadzwoniła do „Abigel”, żeby umówić się na rozmowę o pracę. Telefon odebrała Jolanta Brzozowska. Kobiety umówiły się na spotkanie w biurze między 16 a 17.

Miała wydać wyrok na ofiarę – nie potrafiła

– To ja na rozmowę o pracę – powiedziała przez domofon Monika Osińska ”Osa”. – Proszę – usłyszała w odpowiedzi. Do bloku przy ulicy Zakroczymia 6 na Tarchominie weszła cała trójka. Wjechali windą na czwarte piętro, by nie wzbudzać podejrzeń u dziewczyny, która wysiadała na dziewiątym. Pokręcili się chwilę i ponownie weszli do windy by wjechać na dziesiąte piętro. Plastrami opatrunkowymi zakleili wizjery sąsiadów, po czym zadzwonili dzwonkiem do mieszkania, w którym znajdowała się siedziba „Abigel”. Drzwi otworzyła wysoka, 22- letnia dziewczyna w kremowym sweterku adidasa. Zaprosiła całą trójkę do środka, a znanego jej Murawskiego przywitała krótkim „Witam”.

Do części biurowej mieszkania weszła Monika i Marcin. Gołębiowski stał w przedpokoju. Rozmawialiśmy na temat mojego zatrudnienia w agencji. Pytała, co mnie skłoniło do pracy i czy to Marcin mnie namówił – zeznaje „Osa” – Marcina zapytała, kiedy odda im pieniądze. Chodziło o 400 zł za krzyżówki. Murawski wyszedł z pokoju żeby skorzystać z łazienki. Sądzę, że chciał skorzystać z ubikacji, żeby porozumieć się ze stojącym w głębi mieszkania Gołębiowskim – mówi podczas zeznań dziewczyna. W międzyczasie Jolanta Brzozowska spisywała umowę o pracę z Moniką Osińską. Licealiści umówili się, że zaatakują na komendę „już”, którą miała wydać „Osa”. Kiedy „Jogi” wrócił do pomieszczenia biurowego zapytał ją – Czy już?

Wracam do samochodu stojącego pod klatką bloku. Oni akurat już tam byli

Minąłem się na schodach z dziewczyną, z którą oni jechali windą - wspominał po latach w wywiadzie Krzysztof Orszagh. Szli, aby zabić i w ten sposób zdobyć pieniądze na studniówkę. W siedzibie mojej firmy dokonano potwornej, szczególnie okrutnej zbrodni – pisze w liście do Łopatkowej – Jolka pyta się mnie, czy będzie mi jutro potrzebna. Odpowiadam, że tylko na dwie – trzy godziny. (…) Uśmiech na „do widzenia”, by już więcej nie było uśmiechu na „dzień dobry”… Zakupy w sklepie spożywczym, potem apteka. Wreszcie objuczony wracam do samochodu stojącego pod klatką bloku, w którym mam biuro – jest około 16:25. Oni akurat już tam byli…

Bili, dusili i cięli nożem. Ona nie znosi krwi, dlatego rabowała

– Ja przecząco pokręciłam głową. Jeszcze dwukrotnie pytająco kiwał głową Marcin, ale ja zaprzeczyłam. Było mi szkoda tej dziewczyny, kiedy patrzyłam jej w oczy – relacjonuje podczas zeznań Monika.

Pierwszy cios zadał „Gołąb”. Bez słowa wszedł do pokoju i uderzył Jolantę Brzozowską kijem bejsbolowym w głowę. Na skutek ciosu uderzyła głową w blat biurka, przy którym siedziała. Krzyknęła: „O Jezu, ratunku, pomocy!”. Wtedy Osińska wypowiedziała umówione „już”. Podczas składania zeznań zaprzeczyła jednak, że dała znak do ataku.

W chwili rozpoczęcia brutalnego mordu drze na kawałki spisaną umowę i chowa ją do plecaka. Wychodzi z pokoju i zaczyna zbierać łupy. Szuka gotówki i przedmiotów nadających się do sprzedaży. Gołębiowski zadaje ofierze kolejne ciosy. Nie widziałam, co w tym momencie robił Robert i Marcin – zeznaje Osińska. – Widziałam przez moment jak dziewczyna próbowała się bronić. Widziałam też, jak leżała głową na biurku.

Popełniłem czyn okrutny i straszny. Proszę sąd o danie mi szansy, której ja nie dałem pani Brzozowskiej

– Po pierwszym ciosie zdałem sobie sprawę, że już nie ma odwrotu, trzeba brnąć dalej – zeznaje Murawski – Złapałem rękoma szyję Jolki i zacząłem ją dusić. Nie robi tego mocno, co potwierdzają medyczne ekspertyzy, jednak bije ofiarę z taką siłą, że łamie kij. W pewnym momencie „Jogi” idzie do kuchni po nóż. Wbiłem go trzy razy w szyję Jolki, po ostatnim razie nóż zostawiłem w jej szyi, a Robert zakręcił nim jak śrubokrętem, mówił później, że dla pewności. Był bardzo zdenerwowany i mówił, żeby zrobić to do końca, tak, aby nie przeżyła i nie podała nas na policję – zeznaje Murawski.

Ćpał i ciął się. W ten sposób uciekał od problemów

Jak to możliwe, że Robert, syn bardzo zamożnych rodziców zabija dla pieniędzy, dla bardzo małych pieniędzy? – pyta Krzysztof Orszagh. W dniu morderstwa Robert Gołębiowski był pod wpływem amfetaminy i alkoholu, który wypił z pozostałą dwójką. Podczas badania psychiatrycznego stwierdza, że gdyby nie był pod wpływem różnych środków, postąpiłby inaczej.

Przed popełnioną zbrodnią „Gołąb” miał sprawę o wymuszanie pieniędzy na małolatach. Jego ucieczką od kłopotów były dragi i ból. Robert ciął się żyletką. W klasie maturalnej został ojcem. Gołębiowski stracił we wczesnym wieku matkę, ale wychowywała go macocha, która dawała mu dużo miłości – mówi Janusz Pruszyński, adwokat Roberta Gołębiowskiego. Dąży do zaspokojenia doraźnych potrzeb. Cechuje go egocentryzm, niezrównoważenie emocjonalne i wysoki poziom agresywności – napisali w opinii biegli z Oddziału Psychiatrii Sądowej.

Zabili i poszli na pizzę

Przyszedł do mnie Robert i zapytał, co zrobić, żeby przestała tak charczeć, bo nie może już na nią patrzeć. Wzięłam szlafrok i powiedziałam, żeby zakrył jej twarz. Widać jej było tylko nos. Nie ruszała się. Była cała zakrwawiona – mówi na nagraniu z wizji lokalnej „Osa”. Przed wyjściem z mieszkania dziewczyna poczuła, że zgłodniała. W lodówce był tatar, którego zjadła. W tym czasie obaj mężczyźni w łazience zmywają z siebie i swoich ubrań ślady krwi.

Wiem, że jest wrażliwą dziewczyną. Na przykład źle znosi widok krwi. Na pewno nie wiedziała, co tamci planują zrobić. To jest po prostu niemożliwe

Wyszliśmy z mieszkania po koło 10 – 15 minutach. Przed wyjściem słyszałam odgłos upadku. Któryś z chłopaków zrzucił ją na podłogę i widziałam jak leżała pod drugim biurkiem – mówi kobieta. Cała trójka niepostrzeżenie wychodzi ze skradzionymi rzeczami i autobusem jadą na plac Bankowy. Stamtąd idą do Pizzy Hut przy Rotundzie. Łupem padł magnetowid, dwie komórki, pagery, kolczyki, kalkulator i sztuczna biżuteria. Wszystkiego nie udaje się sprzedać. Zrezygnowani dzielą się pieniędzmi. W efekcie każdy z nich otrzymuje jedynie 130 zł.

Pierwsza kobieta, którą skazano na dożywocie

– Popełniłem czyn okrutny i straszny. Proszę sąd o danie mi szansy, której ja nie dałem pani Brzozowskiej – powiedział „Jogi”. Jako jedyny przyznał się do zabójstwa. Pozostała dwójka nie przypisuje sobie morderstwa. Ciężko mi o tym mówić, nie przyczyniłam się do śmierci tej kobiety. Wiem, że "przepraszam" to za małe słowo – mówiła "Osa". Niech sąd sprawiedliwie osądzi mnie za to, co zrobiłem – powiedział "Gołąb".

Po pierwszych przesłuchaniach całej trójki ich wyjaśnienia zgadzały się z ustaleniami policji. Później było zwalanie winy. Wizji lokalnej poddali się Gołębiowski i Osińska. To oni bagatelizowali swój udział w tej zbrodni. Przyznaje się jedynie do tego, że brałam udział w tym całym zdarzeniu, ale nie dotknęłam ofiary, ja tylko zabierałam rzeczy – mówi podczas kolejnych zeznań Monika Osińska. Najpełniejsze wyjaśnienia złożył jednak Murawski, który trakcie procesu nie odpowiadał na pytania. Potwierdzał tylko te wyjaśnienia, które złożył zaraz po pierwszych zeznaniach.

Niedoszli maturzyście zostali skazani na 25 lat więzienia. Jako żywo nie pamiętamy takiej sprawy, bo nawet, jeśli zamierzali zabić, to przecież nie musieli zadawać tak strasznych obrażeń, pastwić się w niewyobrażalny sposób - podkreśla sędzia wydając wyrok.

Był głosem ofiar bandytów. Wzywał do zaostrzenia prawa

Po wizji lokalnej Krzysztof Orszagh postanowił powołać stowarzyszenie pomocy ofiarom zbrodni, które nazwał Stowarzyszenie Przeciwko Zbrodni im Jolanty Brzozowskiej. Proces trójki maturzystów staje się precedensem. Po raz pierwszy w Polsce za zgodą sądu przedstawiciel organizacji pozarządowej może zgłaszać wnioski podczas procesu, a nawet wygłaszać mowę końcową. Udział Krzysztofa Orszagha w sprawie Joli Brzeskiej sprawia, że proces staje się medialnym spektaklem. Sam chętnie wypowiada się w mediach. Dzięki temu jego stowarzyszenie zyskuje rozgłos, a po wydaniu wyroku coraz więcej rodzin ofiar morderstw zgłasza się po pomoc. W świecie morderców i przestępców sieje postrach.

Po latach działalność stowarzyszenia wzbudza kontrowersje. Każdego roku brało udział w kilkunastu procesach. Pojawiają się głosy o wyłudzaniu przez Orszagha pieniędzy od bliskich ofiar za pomoc w procesie. Jedną z takich osób jest Ryszard Aniołkiewicz, którego syn, pracownik Ery GSM, został zamordowany w czerwcu 1997 r. na skraju lasu w podwarszawskim Komorowie. Razem ze swoim współpracownikiem przyjechał załatwić transakcję.

Ojciec zastrzelonego mężczyzny, chciał by stowarzyszenie było oskarżycielem społecznym. Miał wtedy usłyszeć, że będzie to możliwe jedynie wtedy kiedy zapłaci. Rozmowa ta miała charakter telefoniczny - podczas tej rozmowy Krzysztof Orszagh zażądał ode mnie pieniędzy w kwocie 2500 złotych za pomoc – relacjonuje Jackowi Hugo Baderowi Ryszard Aniołkiewicz. Rodzina ofiary otrzymała wtedy wysokie wsparcie od operatora sieci komórkowej, a stowarzyszenie nie wzięło udziału w procesie. Według oficjalnej wersji nie dopełniło na czas formalności.

W międzyczasie Orszagh zamyka swoją firmę i popada w długi. Wewnątrz stowarzyszenia panują złe nastroje. Ktoś donosi, że pracownicy nie otrzymują pensji, a Stowarzyszenie Przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej nie posiada nawet wpisu w KRS. W odpowiedzi na zarzuty Orszagh zapewnia, że wszystko jest tak jak być powinno, a samo stowarzyszenie jest w pewnym zawieszeniu. Niektórzy do dziś nie otrzymali zaległych pensji. Dodatkowo rozliczenia z dotacji budzą wątpliwości. Połowa naszej dotacji poszła na pomoc prawną dla ofiar przemocy i ich rodzin – mówi jeden z przedstawicieli organizacji, która przekazała pieniądze na rzecz stowarzyszenia.

Kilka lat później Orszagh obejmuje funkcję Rzecznika Praw Ofiar, a następnie zostaje doradcą Rzecznika Praw Obywatelskich. Był głosem ofiar bandytów. Wzywał do zaostrzenia prawa. Opowiadał się za karą śmierci. Po latach staje się znany przede wszystkim z organizowania nielegalnych, tzw. dzikich, adopcji dzieci. Przez jego kancelarię na Żoliborzu przewinęły się setki par chcących adoptować dziecko. W tym roku został skazany przez szwedzki sąd na pięć i pół roku więzienia za sutenerstwo i gwałt.

Poszukiwała akceptacji. W więzieniu zmienia tożsamość

Pięć lat po zabójstwie, Monika Osińska składa do Kancelarii Prezydenta RP wniosek o złagodzenie kary do 15 lat więzienia. Nie można młodocianego pozbawiać szansy powrotu do normalnego życia mimo potworności przypisanej mu zbrodni. Wiek jest jedynym argumentem za zastosowaniem łaski – uzasadnia we wniosku adwokat kobiety.

Monika Osińska w porównaniu ze swoimi kolegami nie miała nawet drobnych zatargów z prawem. Uczyła się dobrze, a jej poziom inteligencji mieścił się w normie. Według biegłych dużą rolę w jej życiu odgrywały kontakty z rówieśnikami. Prowadziła bogate życie towarzyskie i lubiła spotykać się z licznym gronem znajomych. Psychologowie zaznaczyli, że cechuje ją egocentryzm jednak łatwo akceptuje zdanie grupy, przez co odczuwa lęk przed odrzuceniem. Artur, ówczesny chłopak „Osy” przekonywał śledczych, że nie brała udziału w krwawym zdarzeniu. – Ja ją naprawdę znam. Wiem, że jest wrażliwą dziewczyną. Na przykład źle znosi widok krwi. Na pewno nie wiedziała, co tamci planują zrobić. To jest po prostu niemożliwe – przekonywał.

Wydany wyrok przez sędziego sprawia, że Monika Osińska staje się pierwszą kobietą w Polsce skazaną na dożywocie. Na wolność wyjdzie w wieku 44 lat. Kobieta zmieniła swoje dane osobowe. Od 2018 roku może ubiegać się o przepustkę.


screen_z_wizji_lokalnej_osińska

screen_z_wizji_lokalnej_osińska

IMG_4193_www

IMG_4193_www

IMG_4192_www

IMG_4192_www


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
PRZECZYTAJ
pochmurnie

Temperatura: 25°CMiasto: Warszawa

Ciśnienie: 1017 hPa
Wiatr: 11 km/h