Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
czwartek, 22 lutego 2024 08:27
Reklama

Jak wyglądały Bielany w XIX wieku? Rozmowa z autorem warszawskiego kryminału „Awans”

„Awans”, czyli XIX-wieczny warszawski kryminał to debiutanckie dzieło Jakuba Bielikowskiego. Autor urodził się na Szmulkach i zakochał się w Warszawie. Postanowił przenieść się do miasta z 1890 roku i podążając śladami policjanta Andrzeja Zaleskiego, odwiedzić charakterystyczne punkty ówczesnej Warszawy.

Czytając rozmowę z autorem dowiesz się m.in.:

  • czym był bielański Bochenek?
  • jak dawniej wyglądał Żoliborz?
  • a także z czego słynęła „trzecia stolica” Imperium Rosyjskiego?

Jakub Łasicki: Zacznijmy od wyjaśnienia czym był Bochenek i gdzie konkretnie się znajdował?

Jakub Bielikowski: Bochenek znajdował się w okolicach kościoła Kamedułów. Tam znajdowały się błonia bielańskie, gdzie ludzie przyjeżdżali w niedziele na imprezy. Przywozili swoje kosze z jedzeniem i tam jedli. Bogatsza publiczność mogła pójść do karczmy. W tej chwili stoi tam krzyż postawiony jeszcze przed wojną przez rodzinę Bochenków. To była dość znana karczma, z tego, co rozumiem, uważana za dość dobrą. Było to miejsce, gdzie bogatsi mogli wejść i dobrze wypić, nie musząc siedzieć z resztą ludzi, która leżała na trawie ze swoimi koszami.

Czyli było to raczej miejsce dla tej bogatszej części mieszkańców Warszawy? Chociażby dlatego, że trzeba było się tam dostać, np. parowcem Fajansa, jak robi to Andrzej?

Z tego, co rozumiem, to samo przyjechanie na Bielany nie wiązało się z tak straszliwymi kosztami. A na pewno w 20-leciu międzywojennym, nie wiem, jak w XIX wieku. Przyjeżdżali tu też robotnicy. Jest wiele opisów rodzin spędzających czas na Bielanach. Chyba w XIX wieku wyglądało to podobnie. Oczywiście nie była to też ta najbiedniejsza ludność, wynajmująca kąt w pokoju za 3 ruble.

Bochenek był zlokalizowany w tamtych rejonach także po to, żeby być blisko Wisły i bielańskiej przystani?

Tak, to był najłatwiejszy sposób na dotarcie na Bielany. Pamiętajmy, drogi w tamtym czasie to jedynie drogi bite. W tamtych czasach nie były nawet wyłożone kocimi łbami, więc byle deszcz i droga staje się nieprzejezdna. Pamiętajmy też, że jedynie do Rudy Fabrycznej prowadziła jakaś porządna droga, później z Młocin wylotówka na Gdańsk. Także tempo przemieszczania się powozu nie było astronomiczne, a jednak Bielany były oddalone kilka kilometrów od centrum.

Kojarzy Pan jakieś inne typowe dla Bielan punkty z tamtych czasów?

Chyba oprócz kościoła Kamedułów nie było tam nic specjalnego. Pamiętam Rudę Fabryczną, gdzie powstawały pierwsze fabryczki. Istniał wtedy też Marymont z kościołem i okolicą. W tamtym czasie, na końcu XIX wieku, na Powązkach upadło już założenie Izabeli Czartoryskiej, zamienione w pole wojskowe. Na Młocinach był poligon carski, więc pamiętajmy, że to były tereny fortyfikacji. Wtedy jeszcze istniały przepisy odnośnie pola ostrzału, zakazujące budowania budynków trwałych w promieniu ostrzału dział twierdzy, aby wróg nie mógł się tam umocnić. Do dzisiaj na przykład ul. 11 listopada ma dziwny kształt, właśnie związany z polem ostrzału Fortu Śliwickiego. Nazywała się zresztą ulicą Esplanadową. Był to koniec esplanady ostrzału.

Nie tylko Bielany, a cała Warszawa jest bardzo dokładnie opisana w Pana książce, zarówno Praga, dzisiejsze centrum, jak i Stare Miasto. Czy podczas pisania korzystał Pan z jakichś planów miasta z tamtych czasów?

Bez planu Warszawy nie da się tego zrobić. Moim szczęściem jest to, że zaraz po akcji tej książki został wydany najlepszy plan Warszawy, czyli plan Lindleya, który odzwierciedla miasto z dokładnością często nawet do drzewa, a przynajmniej do studni na podwórku. Jest to bardzo precyzyjny plan. Trzeba jednak pamiętać, że duża część planu Lindleya została wydana po 1890 roku. A jeżeli myślimy o Warszawie tamtego czasu, to powiedziałbym, że porównanie Warszawy 1890 r. z Warszawą 1902 r., to jak porównanie Warszawy z 1990 roku z Warszawą 2010 r. Miasto w tamtym czasie zmieniło się kompletnie. Oczywiście był ratusz i miejsca, które pozostały, natomiast Warszawa bardzo się  rozbudowała, powstało bardzo dużo przemysłu. W 1890 r. obszar miasta powiększył się, głównie na Pradze, ale ogromne zmiany zaszły na całym obszarze Warszawy. Używałem także planu z 1886 roku, który nieco lepiej oddawał, czy dana ulica i budynek już istniały czy jeszcze nie, bo tego typu niuanse trzeba było sprawdzać.

W książce są nawet takie szczegóły, jak to, że Andrzej na skrzyżowaniu ulic mija jakąś szczególną latarnię.

Tak, to akurat wyciągnąłem z albumu Warszawy na XIX-wiecznych pocztówkach. To zdjęcie zostało wykonane kilka lat później, ale rzeczywiście wysokie, charakterystyczne lampy gazowe stały na ważniejszych skrzyżowaniach. Były one dużo wyższe i miały za zadanie oświetlać dużo większy teren. To była jedna z wielkich zmian tamtejszej Warszawy. Wprowadzono oświetlenie gazowe na większą skalę, dzięki czemu miasto było dużo bezpieczniejsze i przyjemniejsze.

W końcu wchodzimy w czasy prezydenta Starynkiewicza, który bardzo zasłużył się dla rozwoju Warszawy. Bohaterowie nawet mówią, że „trzecia stolica” przewyższała w rozwoju Petersburg i Moskwę, na przykład wcześniej budując kanalizację.

To prawda, kanalizację zawdzięczamy ewidentnie prezydentowi Starynkiewiczowi. Zresztą, plany budowy trzeciego mostu (mostu Poniatowskiego), który został zrealizowany dopiero tuż przed wojną, pochodzą z czasu Starynkiewicza. Tych zmian, które zawdzięczamy Starynkiewiczowi, jest bardzo wiele. Akcja książki to ostatnie lata jego kadencji. Odszedł na emeryturę w 1892 roku i zaraz potem zmarł.

Odwiedzamy także miejsca już nieistniejące, jak Gościnny Dwór, Dworzec Wiedeński czy Dworzec Terespolski. Ukazanie tych miejsc było chyba kluczowe dla wprowadzenia czytelnika w klimat tamtego miasta?

Tak, Gościnny Dwór był bardzo ciekawym tworem. Stał tam, gdzie dzisiaj jest plac przed Pałacem Lubomirskich. Hal Mirowskich jeszcze wtedy nie było. To była jedna z dość nietypowych, reprezentacyjnych hal handlowych. Były tam pojedyncze stragany kupców w jednej wielkiej hali, tak jak to było w halach paryskich czy na Smithfield w Londynie. Ta sama epoka i to samo myślenie o halach targowych. Było to bardzo znane miejsce.

Andrzej spotyka się w Gościnnym Dworze z Długim Kazikiem. Patrząc na tego bohatera można odnieść wrażenie, że bycie warszawskim pijakiem, było dość opłacalnym biznesem.

Myślę, że akurat nasz bohater ma wyjątkowe szczęście, bo takie życie, jakie miał on, raczej miało niewiele osób z marginesu. Jest nawet książka z tamtych czasów opowiadająca o ludziach, którzy staczają się na margines w wyniku choroby, czy utraty pracy. To była bardzo szybka droga w dół, praktycznie bez powrotu. Także Długi Kazik ma szczęście, że żyje z kobiet. Zresztą, czytając opisy, chociażby u Czechowa, Warszawa była miejscem rozrywkowym dla Imperium Rosyjskiego. Tu przyjeżdżano się zabawić, grać w karty i mówię tu o Rosjanach z całego Imperium.

W Warszawie było także wiele grup przestępczych.

Tak, Warszawa była znana z kasiarzy i z szajek przestępczych, działających na terenie całej Rosji, nie tylko w mieście. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, w końcu XIX wieku i przez wiele kolejnych lat, świat przestępczy był o wiele bardziej obecny w codziennym życiu, niż jest teraz. Możemy analogicznie porównać to do tego, co działo się w Warszawie w latach 90. XX wieku. Życie w mieście nie było bezpieczne.

Dlatego też była potrzebna policja, której pracownikiem jest główny bohater. Wydaje mi się, że to dość nietypowa rola dla bohatera polskiej literatury opisującej tamte czasy. Zazwyczaj czytamy o pracy u podstaw, ewentualnie o buntownikach kończących na Cytadeli. Skąd pomysł, by opisać Polaka pracującego na służbie cara?

To był jeden z głównych zamysłów tej książki. Wydawało mi się to śmieszne, że udajemy, że Polacy w ogóle nie służyli w Imperium. Było wielu wysoko postawionych polskich oficerów w rosyjskiej armii. W policji, szczególnie na niższych szczeblach, służyli lokalni ludzie. Była oczywiście grupa, która przemieszczała się po całej Rosji, ale jednak stójkowymi czy komisarzami byli ludzie lokalni. Im wyżej w tej hierarchii, tym coraz mniej lokalnych. Władza rosyjska lubiła przemieszczać ludzi do innych miejsc. Było także o wiele mniej oficerów, hierarchia była węższa. Wiązało się to również z tym, że dla ludzi w niższych rangach policji awans był nieopłacalny. Odcinał ich od źródeł łapówek, które brali od kupców i przestępców.

Praktycznie każda sprawa w książce jest załatwiana poprzez danie łapówki.

Dokładnie. I myślę, że to była jedna z głównych przyczyn upadku Imperium Carskiego. Ta administracja nie działała, ponieważ była skorumpowana. Przy czym, utrzymanie porządku jednak opierało się na policji i dozorcach, którzy zresztą byli zatwierdzani przez państwo. Nie każdy mógł zostać dozorcą. Oni byli tymi, którzy utrzymywali porządek w mieście, policja i dozorcy ściśle ze sobą współpracowali.

Sam tytuł książki „Awans” nawiązuje kariery Andrzeja. Jego historia pokazuje, jak trudno było Polakom awansować. Trzeba było dużo moralnych wyrzeczeń.

Myślę, że szczególnie w policji było to prawdą. Nieco bardziej ustrukturyzowane i przewidywalne było to w armii. Jednak aby wejść na stopień oficerski, trzeba było mieć szlacheckie pochodzenie. Osoby niepochodzące z zamożnych rodzin, utrzymały się na poziomie porucznika czy sztabskapitana, a to nie było łatwe. To były dość małe płace. Wiele osób kończyło swoją karierę na stopniu sztabskapitana, więc historia naszego bohatera jest dość nietypowa pod względem awansu.

Bardzo podobało mi się także wplatanie nowinek naukowych, które pojawiały się w tamtych czasach, jak korzystanie z odcisków palców. Czy to także był jeden z pomysłów jeszcze przed pisaniem książki?

To było bardziej przypadkowe. Pisząc tę książkę, przypomniało mi się, że to właśnie były czasy, kiedy po raz pierwszy wykorzystano takie techniki, jak zbieranie odcisków palców, czy tworzenie portretów pamięciowych przestępcy. Niektóre techniki prowadzenia śledztwa, które dzisiaj są dla nas oczywiste, były wtedy nowinką. To było kilka lat po wprowadzeniu pierwszych na świecie kartotek przestępców. Także te nowinki techniczne, zarówno w pracy śledczych, jak i ogólnie na świecie, były wtedy postępem porównywalnym z wprowadzeniem smartfonów.

To też pokazuje, jak dobrym i nowoczesnym policjantem był Andrzej. Współpracował też z policją z innych miast.

Tak, to było dość rzadkie. Przestępcy często uchodzili sprawiedliwości po prostu przenosząc się do innego miasta, gdzie ślad po nich zanikał. Nie mówiąc już o zmianie państwa. Pamiętajmy, że w tamtym czasie paszport był bez zdjęcia, łatwo było podszyć się pod inną osobę. Często wtedy dokumentem tożsamości był akt urodzenia. Zniknięcie z radaru wymiaru sprawiedliwości było bardzo łatwe.

Mamy też wątek miłosny Andrzeja i Aliny. Warszawa jest opisana jako dość szalone miasto pod względem miłości.

I z tego, co rozumiem z literatury XIX-wiecznej, Warszawa taka była. To było miejscee rozrywek, także tych miłosnych. Było to powszechne, zrozumiałe i nawet wspierane przez władzę. Były całe ulice, na których mieściły się domy publiczne. Niektóre były przemieszczane, na przykład z Franciszkańskiej na Towarową, ze względu na protesty mieszkańców. Było to w pełni akceptowane, regulowane przez państwo, częściowo formalnie, częściowo nieformalnie. Było to również oczekiwane.

Kontakty z prostytutkami były nawet opłacalne, chociażby dla policjantów.

Niewątpliwie ten półświatek stanowił bardzo cenne i proste źródło informacji. Także dla policjantów było to źródło dochodu, poprzez przymknięcie oka na pewne sprawy. Wtedy prostytucja stanowiła nieodzowny element życia. To były czasy, kiedy małżeństwo z miłości praktycznie nie istniało, przynajmniej w warstwie mieszczaństwa i wyższych. Małżeństwa były aranżowane przez rodziców. Akurat Andrzej ożenił się z kobietą, którą kocha z wzajemnością. Nikt nie oczekiwał więc, że mężczyzna będzie się spełniał seksualnie w małżeństwie.

W książce zawarł Pan też dużo słów z tamtego okresu. Na 350 stronach pojawia się 155 przypisów. Wprowadza to w klimat tamtego miasta.

To było poszukiwanie bardzo delikatnej równowagi między używaniem języka zupełnie współczesnego, a wprowadzeniem wystarczającej liczby niuansów z tamtego okresu. Trzeba było to zrobić tak, aby książkę w dalszym ciągu dało się czytać. Bardzo się cieszę, że udało się to zrobić na tyle, że jest to czytelne, nie nudzi i nie męczy czytelnika, bo trochę się bałem, że przesadziłem. Faktycznie na pierwszych stronach jest wyjątkowo dużo przypisów. To dlatego, że wprowadzam tam pewne pojęcia, które trzeba wyjaśnić. Później użyte są ponownie, już bez wyjaśnienia. Natomiast stwierdziłem, że jeśli użyłoby się ich bez wyjaśnienia, trudno byłoby to zrozumieć. Dlatego też nie zdecydowałem się na stylizację gwary warszawskiej, bo stwierdziłem, że będzie to zbyt trudne do czytania. Jak czytam trochę książek pisanych gwarą, jest to trudne do zrozumienia.

Ale w pewnym momencie Andrzej rozmawia z mieszkańcem Pragi, który ma w swojej mowie trochę warszawskich naleciałości.

Tak, właśnie u osób z Pragi próbowałem oddać bardziej to, jak mówiło się tam jeszcze za czasów mojej młodości. Moja polonistka potrafiła mówić, że „wy to tylko w piłkie gracie”, „ja wam dwójkie postawię”. Tak to wyglądało jeszcze w latach 70.

A jest w Pana myśli jakaś kontynuacja tej opowieści lub po prostu inna książka w tym stylu?

Właściwie, zacząłem już pisać książkę, która dzieje się natychmiast po, a nawet tuż przed zakończeniem „Awansu”. Chciałbym ją umieścić bardziej w prawobrzeżnej Warszawie. Dzieje się bardziej w świecie praskich Żydów i wyższych sfer. Napisałem trochę opowiadań związanych z głównym bohaterem, Andrzejem Zaleskim i myślę, aby dokończyć je, jako cykl opowiadań stanowiących samodzielne epizody z jego życia, może nawet zaczynając przed rozpoczęciem pierwszej książki. Jedno z ostatnich opowiadań jest na mojej stronie internetowej, jakubbielikowski.com, i dzieje się na Bródnie. Natomiast uważam, że ten okres w Warszawie, a nawet w całej Polsce jest bardzo interesujący, a jest naprawdę bardzo mało literatury, która mówi o tym w sposób przystępny. Mamy oczywiście genialną „Ziemię obiecaną”, świetnie opisującą Łódź, mamy „Chłopów”, którzy opisują wieś. Dla niektórych ludzi są to jednak lektury nie do przejścia. Jest jeszcze Zapolska i Żeromski, który z perspektywy dzisiejszego sposobu pisania książek, jest zupełnie niestrawny. Wydaje się, jakby okres między powstaniem styczniowym a pierwszą wojną światową zupełnie nie istniał. A przecież to właśnie wtedy Warszawa rozwinęła się jako miasto, a po zniesieniu naszego własnego niewolnictwa, czyli pańszczyzny, rozwój kraju, który nastąpił, był nieporównywalny z niczym wcześniej.

Czyli zostajemy w tym okresie. Chciałem zapytać o jakąś historię z 20-lecia międzywojennego, którą można by osadzić na Żoliborzu.

To raczej są pomysły na opowiadania, niż na książkę. Wiem, że dwudziestolecie międzywojenne budzi bardzo duże zainteresowanie i na pewno z punktu widzenia Żoliborza to jest okres, w którym najwięcej się tu działo i najfajniej byłoby opisać. No może poza latami 50., które też są bardzo ciekawe. Myślę, że jakieś opowiadanie powstanie, ale raczej nie powstanie z tego cała książka. Dużo rzeczy jest pisane o 20-leciu międzywojennym i mam wrażenie, że jest już ich wystarczająco dużo.

Oczywiście zagajam w odniesieniu do lokalnego wątku w „Awansie”. Rozumiem, że odezwał się tu Pana lokalny patriotyzm?

Tak, mieszkam na Bielanach, wcześniej mieszkałem na Żoliborzu i mam plan tu powrócić. Te dzielnice są więc mi bardzo bliskie. Myślę, że te tereny na pewno pojawią się w kolejnych książkach, nawet nie koniecznie w okresie międzywojennym. Pamiętajmy o Rudzie Fabrycznej, o okolicach Powązek, gdzie było sporo przemysłu. Zresztą same cmentarze są miejscami, które aż proszą się o opisanie. Mamy cmentarz muzułmański, sam cmentarz Powązkowski jest miejscem wartym uwagi. Zatem Bielany i Żoliborz na pewno pojawią się w kolejnych książkach. Zresztą te dzielnice to ogromne wojskowe tereny, więc Zaleskiemu do nich blisko.

W jaki sposób czerpie Pan wiedzę na temat historii Warszawy?

Na pewno największą inspiracją dla mnie były różnego rodzaju spacery po Warszawie, organizowane przez różne grupy, jak na przykład Praska Ferajna. To pozwoliło mi na zobaczenie różnych miejsc i posłuchanie przewodników. Była to pierwsza inspiracja. Dalej trzeba sięgnąć do źródeł i map. Trzeba pamiętać, że nie piszę przewodnika, ani reportażu o Warszawie. Ja raczej szukam inspiracji i możliwości stworzenia sobie obrazu miasta i umieszczenia w nim moich bohaterów. Nie wiem zatem, jak wyglądały konkretne domy. Wiadomo, istniał Ratusz, czy Gościnny Dwór. Nie wiem jednak, jak konkretnie wyglądała oficyna przy ulicy Solec 71. Niektóre drewniane domy na Pradze istniały jeszcze za czasów mojej młodości. Do dziś można je zobaczyć na prowincji litewskiej czy białoruskiej.

Na koniec mam dwa luźniejsze pytania. Po pierwsze, jakby miałby Pan się przenieść do tamtej Warszawy, w jakiej dzielnicy chciałby Pan mieszkać?

Bardzo trudne pytanie! Myślę, że ze względu na bezpieczeństwo, wybrałbym okolice ulicy Aleksandrowskiej, czyli dzisiejszej al. Solidarności po praskiej stronie. Były to bardzo prestiżowe i dynamicznie rozwijające się tereny. Obok był także duży park, bezpieczny ze względu na obecność wojska. Ewentualnie wybrałbym okolice obecnego placu Unii Lubelskiej. To były południowe obrzeża Warszawy, do dzisiaj stoją tam rogatki. To było miejsce, w którym nie było jeszcze tak wielkiego stłoczenia, jak w centrum. Wola w tym czasie bardzo mocno się uprzemysławiała. Powiśle było bardzo biedną dzielnicą, praktycznie wyłącznie dla robotników. Stare Miasto było tragicznym miejscem do mieszkania. Już czytając przedwojenne opisy, widać, że była to okolica zaniedbana, z tragicznymi warunkami sanitarnymi. Było jednak kilka ulic w centrum, gdzie żyło się dobrze, na przykład Chłodna czy okolice placu Grzybowskiego, gdzie mieszka główny bohater książki. To były dobre okolice i pewnie tam bym szukał. Bądź oczywiście, jak wtedy wiele osób, mógłbym mieć niewielki dworek poza granicami miasta.

Drugie pytanie, jakie miejsce, z tych już nieistniejących, a opisanych w książce, chciałby Pan odwiedzić?

Na pewno Gościnny Dwór i całe tereny późniejszej dzielnicy północnej, bardzo biednych rejonów żydowskich. To jest świat, którego dzisiaj nie mamy żadnej szansy zobaczyć i w to miejsce chciałbym się przenieść. Myślę, że interesowałoby mnie to dużo bardziej niż chociażby domy towarowe na placu saskim. Chciałbym też zobaczyć reprezentacyjną ulicę Miodową i drewniany Teatr letni w Ogrodzie Saskim.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Ja również bardzo dziękuję.


awans_okladka
awans_okladka

Okładka książki "Awans"


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
PRZECZYTAJ
bezchmurnie

Temperatura: 4°CMiasto: Warszawa

Ciśnienie: 1005 hPa
Wiatr: 11 km/h