W tym wywiadzie przeczytasz o:
- Jerzym Kropaczu, który pełnił funkcję prezesa WSM w latach 2010-2012;
- działalności Jerzego Kropacza od działacza spółdzielczego z Wawrzyszewa do prezesa WSM;
- ujawnionych nieprawidłowościach w WSM za prezesury Jerzego Kropacza;
- aktualnej sytuacji w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej;
- planowanych inwestycjach i o przyszłości Spółdzielni.
Wiktor Zając: Dzień dobry Panu. Pozwoliłem sobie Pana zaprosić, żeby omówić bieżącą sytuację, jaka ma miejsce w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Pan, jako doświadczony działacz spółdzielczy, aktywnie śledzi to, co się dzieje od czerwca ubiegłego roku, czyli od dwóch Walnych Zgromadzeń – statutowego oraz wyborczego, podczas którego została odwołana prezes Barbara Różewska. Sam był Pan prezesem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Proszę przypomnieć czytelnikom, od kiedy do kiedy był Pan prezesem?
Jerzy Kropacz: Dzień dobry. Bardzo dziękuję za zaproszenie. Od czerwca 2010 r. pełniłem z ramienia Rady Nadzorczej obowiązki prezesa, natomiast od września Rada Nadzorcza wybrała mnie na prezesa. Pełniłem tę funkcję do połowy czerwca 2012 roku.
WZ: A wcześniej, z tego co pamiętam, był Pan przewodniczącym Rady Nadzorczej?
JK: Tak.
WZ: Proszę opowiedzieć, jak zaczęła się Pana przygoda ze Spółdzielnią?
JK: Moja działalność zaczęła się po pewnego rodzaju rewolucji na Wawrzyszewie, kiedy ogłoszono bardzo duże dopłaty za ciepło w 2003 roku. Według mieszkańców były one źle wyliczone. Zorganizowałem wspólnie z Tomaszem Małkiem zebranie, na które przybyło ponad 600 osób z osiedla.

WZ: To imponująca liczba. Mieszkańcy nie byli w stanie zmieścić się w sali.
JK: Tak było, stali także na korytarzu, w powietrzu czuło się nerwową atmosferę. W takich warunkach dyrektor osiedla obawiał się o swoje bezpieczeństwo. Mimo zastrzeżeń dyrektora udało mi się poprowadzić zebranie bez żadnych incydentów.
WZ: Jakie były następstwa tego zebrania?
JK: Po tym spotkaniu powołano grupę, która wspólnie z dyrektorem w miarę sprawiedliwie „spłaszczyła” te dopłaty. W 2003 roku zostałem wybrany do Rady Osiedla, a także do Rady Nadzorczej.
WZ: Jak wspomina Pan swój pobyt w Radzie Nadzorczej?
JK: Moim zdaniem przez dwie kadencje współpraca zarówno między członkami Rady Nadzorczej, jak i Zarządem była bardzo dobra. Pamiętam wiele dyskusji, zawsze merytorycznych. W 2006 roku zostałem wybrany wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej. Natomiast w nowej kadencji w 2007 r. zostałem przewodniczącym. Sytuacja zmieniła się, kiedy ustawowo zmieniono formę przeprowadzania Walnych Zgromadzeń. Zniesiono Walne Zgromadzenia Delegatów, wprowadzając udział wszystkich członków Spółdzielni w Walnych Zgromadzeniach.
WZ: I jak to wyglądało?
JK: Nie zapomnę jednego z Walnych Zgromadzeń, które miało sześć części. Pełniłem wtedy funkcję prezesa. Jedną z części zebrania skończyliśmy o godzinie 6:20 rano, do końca została tylko garstka osób. Pojechałem do domu, wziąłem prysznic i wróciłem do pracy. Z tych zebrań zostały mi w pamięci m.in. takie nazwiska działaczy jak: pani Anna Kaczmarska czy Leon Łochowski.
WZ: Jakimi sprawami zajmował się Pan w pierwszych miesiącach kierowania Spółdzielnią? Słyszałem, że naraził się Pan wielu osobom.
JK: Kiedy zostałem prezesem, chciałem pewne sprawy wyjaśnić. O tym wszystkim można przeczytać w protokole Rady Nadzorczej z 30 sierpnia 2010 r. Szczególną uwagę zwróciłem na najem lokali w budynku Biura Zarządu WSM przy ul. Elbląskiej. Po dokładnym sprawdzeniu umów najmu dwie z osób prowadzących działalność z niej zrezygnowały. Tymi działaniami nie przysporzyłem sobie zwolenników.
WZ: Znamy z przestrzeni ostatnich lat sytuacje, gdy pracownicy Spółdzielni wykonywali dodatkowe zlecenia, chociażby w budynku miejskim, w godzinach, kiedy powinni świadczyć swoje usługi na terenie osiedla. Czy Pan spotkał się z takimi praktykami w tamtych czasach?
JK: Niestety z taką sytuacją spotkałem się także w Zarządzie. Jednak po kilku rozmowach wszystko doszło do normy. Zaprzestano takiej działalności.
WZ: Proszę powiedzieć, jak wysokie nagrody za Pana prezesury otrzymywał Zarząd?
JK: Widzę od lat, że otrzymywanie nagród za uzyskanie absolutorium stało się obligatoryjne. Uważam, że otrzymanie kilkoma głosami absolutorium, jak ostatnio, nie jest powodem do otrzymania kilkutysięcznej nagrody. Jestem zdecydowanie temu przeciwny. Z żadnego dokumentu to nie wynika. Kiedy byłem prezesem, też dostawaliśmy absolutorium – ja oraz wiceprezesi. Wtedy oświadczyłem członkom Zarządu, że wystarczająco zarabiamy, a nagroda należy się za coś ponad standardową pracę. Przyjęto to ze zrozumieniem. Teraz mieszkańcy często mnie pytają, za co wiceprezesi dostali te nagrody. Odpowiadam, że nie wiem.
WZ: Dochodzimy do 2012 r. Rozumiem, że coś się takiego wydarzyło, że postanowiono Pana odwołać?
JK: Do chwili samego Walnego Zgromadzenia było w porządku. Napięcie powstało dopiero na samym Walnym. Pierwszą kwestią było przedstawienie przeze mnie propozycji złożonej Zarządowi przez pewną firmę. Chciała ona nabyć teren przy ulicy Ceramicznej za 40 milionów złotych. Zarząd proponował, aby te środki podzielić proporcjonalnie między wszystkie osiedla. Żeby to zrealizować, wymagana była zgoda Walnego. Wtedy jeden z działaczy z Nowodworów głośno zaprotestował, insynuując, że ktoś na tej transakcji zarobi. Oczywiście było to zwykłe pomówienie. W rezultacie Walne Zgromadzenie nie wyraziło zgody na zbycie tego terenu. Do dzisiaj wielu zarówno członków Spółdzielni, jak i kilku dyrektorów wspomina tę sytuację. Żałują, że nie sprzedano tego gruntu. Obecnie widzimy, kto miał rację. Inwestycja Ceramiczna była katastrofą finansową dla członków WSM. Grunt oddaliśmy głównie osobom niebędącym członkami Spółdzielni, jednocześnie nie odnosząc żadnych korzyści.
Drugą sprawą mającą wpływ na otrzymanie absolutorium był postawiony płot na osiedlu Młociny przy budynku ul. Marymoncka 131.

WZ: O co poszło?
JK: Chodziło o 15 tysięcy złotych wydane na płot oddzielający teren gminy od terenu Spółdzielni. Po przeprowadzeniu inwentaryzacji terenu Młocin wiedziałem, jakimi gruntami dysponujemy. Znając problemy związane z bezumownym korzystaniem z gruntu, na którym stoi część Administracji Osiedla Młociny, w tych sprawach byłem bezkompromisowy. Za ten błąd Zarządu mieszkańcy Młocin zapłacili kilkaset tysięcy złotych. Między terenem Spółdzielni a ul. Marymoncką znajduje się spory skwer. Przez to, że teren ten był już częściowo ogrodzony od strony ul. Marymonckiej, ktoś mógł pomyśleć, że od tego ogrodzenia z terenu korzysta WSM. Wtedy poleciłem dyrektorowi, żeby zlecił wykonanie ogrodzenia po granicy naszej nieruchomości. Kiedy prace się zaczęły, przyszli działacze i zaczęli wyrywać słupki. Dyrektor zmuszony był wezwać policję. Mimo olbrzymich nacisków, również fizycznych, ze swojej decyzji się nie wycofałem. Podczas Walnego Zgromadzenia zorganizowana grupa działaczy z Młocin, przeciwna postawieniu tego ogrodzenia, przekonywała uczestników zebrania do odwołania Zarządu i nieudzielenia absolutorium. Niestety te nawoływania zostały zrealizowane – nie otrzymaliśmy jako Zarząd absolutorium. Po kilku latach do administracji osiedla Młociny wpłynęła z Urzędu Dzielnicy Bielany faktura. Wystąpiono o zapłatę kilkuset tysięcy złotych za bezumowne korzystanie z gruntu, od którego poleciłem się odgrodzić. Wtedy dyrektor osiedla przedstawił fakturę na 15 tysięcy złotych za postawienie ogrodzenia. Był to dowód, że my z tego terenu nie korzystamy. Urząd Bielany ze swoich roszczeń zrezygnował. Przed kilkoma dniami uczestniczyłem w rozmowie z jednym z bardzo aktywnych uczestników tamtych wydarzeń. Przyznał mi, że to ja wtedy miałem rację, podejmując taką decyzję, ponieważ widział pisma z Urzędu.
Rada Nadzorcza odwołała mnie z funkcji prezesa w lipcu. Nadal pozostałem pracownikiem WSM, podobnie jak obecnie Barbara Różewska czy Danuta Daśko.
W roku 2014 ogłoszono prawomocny wyrok o przyznaniu przez Sąd Pracy wiceprezesowi Jerzemu Krzemińskiemu odszkodowania za rozwiązanie z nim umowy o pracę. Wówczas prezes Maciej Stasiełowicz wręczył mi wypowiedzenie umowy o pracę, ponieważ to ja i wiceprezes Halina Orlińska podpisaliśmy zwolnienie z pracy Jerzego Krzemińskiego. Jako ciekawostkę powiem, że podczas długiego procesu z J. Krzemińskim żaden z członków Zarządu, którzy podpisali wypowiedzenie, nie był wezwany do sądu jako świadek. Ciekawe dlaczego?
Po wniesieniu sprawy do Sądu Pracy o moim zdaniem niezgodnym z prawem zwolnieniu mnie, zarówno w pierwszej, jak i w drugiej instancji sąd orzekł, że moje działanie dotyczące zwolnienia Jerzego Krzemińskiego było całkowicie zgodne z prawem i moimi kompetencjami jako prezesa Spółdzielni. Sprawę o przywrócenie do pracy wygrałem. Zaraz po wyroku otrzymałem uścisk dłoni i gratulacje od prezesa Macieja Stasiełowicza, który mnie zwolnił. Trochę byłem zaskoczony tym zachowaniem. W ciągu tygodnia powróciłem do pracy.

WZ: Mówiono, że trzeba było zapłacić Panu około 100 tysięcy zł odszkodowania...
JK: Są to tylko plotki i pomówienia. Otrzymałem jedynie, zgodnie z umową, wynagrodzenie za pracę od dnia wypowiedzenia do powrotu. Krążyły także opowieści o kilkusettysięcznych kwotach, które miałbym otrzymać. Jedną z osób, która taką informację przedstawiła publicznie na Zebraniu Mieszkańców, pozwałem do sądu za zniesławienie i naruszenie moich dóbr osobistych. Sprawę wygrałem, a otrzymałem to, o co występowałem – tylko przeprosiny. Pozwany przeprosił mnie w sądzie oraz na Zebraniu Mieszkańców. Oświadczył, że po sprawdzeniu informacji kwota okazała się nieprawdziwa, a on został wprowadzony w błąd.
WZ: Przejdźmy teraz do obecnej sytuacji, jaka ma miejsce w Spółdzielni. Pani, która była w poprzedniej kadencji w Radzie Nadzorczej, postanowiła odwołać się do sądu względem uchwały Walnego Zgromadzenia o wyborze Rady Nadzorczej. W niedługim czasie okazało się, że Sąd Okręgowy wstrzymał wykonanie uchwały w zaskarżonej części i zawiesił postępowanie dotyczące wpisu zmian do KRS. WSM wniosła zażalenie, zaskarżając je w części. Zażalenie zostało rozpoznane przez Sąd Apelacyjny.
Początkowo postanowieniem Sądu Okręgowego zawieszono 23 członków. Jedynymi członkami, których sąd nie zawiesił, byli: pan Michał Michałowski, pan Wiktor Piber, pan Maciej Siwiec, pani Monika Wielbut, pani Małgorzata Sokół, pan Grzegorz Pietruczuk i pan Paweł Szymanek. Osoby te nie mogły wypełniać swoich obowiązków, ponieważ zgodnie ze statutem WSM Rada musi liczyć co najmniej 25 członków, a nie może działać, jeśli liczba jej członków spadnie poniżej 20. Następnie przez kolejne dwa miesiące Rada Nadzorcza nie funkcjonowała. Choć wspomniana powyżej siódemka członków, którzy nie zostali zawieszeni, spotykała się nieoficjalnie. Posiedzenia plenarne i komisje nie mogły być zwoływane, a tym samym członkowie ci nie otrzymywali swoich wynagrodzeń. Niemniej postanowieniem Sądu Okręgowego z 9 września 2025 r. uwzględniono wniosek Spółdzielni i wstrzymano wykonanie postanowienia z 14 lipca.
Niemal natychmiast po tym Rada Nadzorcza wznowiła pracę i ogłosiła konkurs na wybór nowego prezesa Spółdzielni. 29 października Rada Nadzorcza większością głosów wybrała na nowego prezesa pana Przemysława Prusa. Następnie po postanowieniu Sądu Apelacyjnego z dnia 28 listopada zawieszono 7 członków: panią Dominikę Czyż, panią Katarzynę Kaszycę, pana Zenona Kopacza, panią Klarę Łukasiuk, pana Roberta Orlika, pana Krzysztofa Pierścińskiego oraz pana Roberta Rogalę. Po tym postanowieniu długo zarówno Spółdzielcy, jak i w szczególności sami zawieszeni członkowie nie otrzymywali informacji o tym, że nie mogą sprawować swojej funkcji. Jak sami twierdzą, zablokowano ich skrzynki mailowe. Jak Pan ocenia obecną sytuację?
JK: Sytuacja jest bardzo poważna. Sąd nie rozstrzygał, czy Rada Nadzorcza może funkcjonować – zajmował się wyłącznie zabezpieczeniem. W uzasadnieniu nie ma ani jednego zdania o tym, że obecna Rada może działać w niepełnym składzie. Statut mówi jasno: Rada Nadzorcza liczy od 25 do 30 osób. Jeżeli Rada została wybrana wadliwie, to nie można udawać, że „formalnie” jest kompletna, bo część osób jest tylko „zawieszona”. Zawieszenie nie naprawia nieprawidłowego wyboru.
WZ: Obecny prezes twierdzi, że Rada może działać, bo zawieszenie nie jest wyrokiem.
JK: Ciekawe, na jakiej podstawie prezes tak twierdzi? Dotychczas nie przedstawił żadnego dokumentu, który byłby dowodem na jego teorię. To jest interpretacja Zarządu, a nie sądu. W uzasadnieniu postanowienia sąd mówi wyłącznie o tym, kto uzyskał prawidłową liczbę głosów, aby zostać członkiem Rady Nadzorczej, a kto nie. Co więcej – nawet Zarząd w piśmie do sądu przyznał, że tylko 23 osoby uzyskały odpowiednią liczbę głosów, aby zasiadać w Radzie Nadzorczej. To jest dokument podpisany przez członkinie Zarządu: Iwonę Bocianowską i Danutę Daśko. Jest to dowód, że Rada nie spełnia wymogów zawartych w Statucie WSM.

WZ: Siedmiu członków zostało zawieszonych w pracy Rady Nadzorczej. Jak Pan to ocenia?
JK: W statucie jest wyraźnie napisane: Rada Nadzorcza może zawiesić swojego członka tylko do czasu najbliższego Walnego Zgromadzenia – i tylko wtedy, gdy ktoś działa na szkodę Spółdzielni. Nie ma żadnej podstawy, by zawieszać kogoś „do wyroku sądu”, zwłaszcza że sąd jeszcze nie rozpoczął prac w tej sprawie. To jest nadużycie pojęcia „zawieszenia”. Do dnia dzisiejszego żadna z siedmiu osób nie otrzymała na piśmie decyzji podjętych w ich sprawie przez 23 osoby. Chyba to o czymś świadczy.
WZ: Celowo przeskoczyłem jedną kwestię, do której chciałbym wrócić. Podczas ubiegłorocznego Walnego Zgromadzenia statutowego dowiedział się Pan, że nie jest już członkiem Spółdzielni. Jak to możliwe?
JK: To była absurdalna sytuacja. Jestem członkiem WSM od początku lat 70. Prowadziłem zebrania mieszkańców, kandydowałem do organów, wydawano mi mandaty, figurowałem w rejestrach. W roku 2017 zmieniła się ustawa w punkcie dotyczącym powiązania członkostwa z prawem do lokalu. Jak czytam w przedstawionej przez Zarząd nowej Strukturze Organizacyjnej WSM, to do Spółdzielni należy powiadomienie członków o zmianie ustawy. Jeżeli wiąże się to ze zmianą ich statusu członka Spółdzielni, to muszą o tym zostać natychmiast powiadomieni. W moim przypadku tak się nie stało. Prawdopodobnie w takiej sytuacji, jak byłem ja, znajduje się wiele osób. W moim przypadku wywołało to wiele bardzo poważnych pytań, ukrywanych przez Zarząd. Od zmiany ustawy dwukrotnie prowadziłem zebrania mieszkańców, na których wybierano członków Rady Osiedla. Czy takie wybory były ważne? Swoją sprawę członkostwa uregulowałem w ciągu tygodnia, dostarczając jeden dokument – po tym z automatu mnie przywrócono. O tym problemie powiadomiono mnie kilka dni przed wyborami do Rady Nadzorczej, do której kandydowałem. Chyba zwykły zbieg okoliczności.
WZ: Przejdźmy teraz do tematu planowanych inwestycji w WSM. Ostatnio dotarła do mieszkańców informacja, że Zarząd złożył wniosek o pozwolenie na budowę przy ul. Włościańskiej 12. Jak się okazuje, został także zmieniony projekt tej inwestycji, która jednak będzie niższa, niż pierwotnie zakładano. Niemniej wielu mieszkańców twierdzi, że nikt nie przedstawił i nie omawiał z nimi tych projektów.
JK: Nie powinno się rozpoczynać żadnej inwestycji bez zgody Walnego Zgromadzenia i bez rzetelnych konsultacji z mieszkańcami. Kilkukrotne zmienianie projektów w trakcie prac to kolejne koszty, ryzyka i konflikty. Mieszkańcy mają prawo wiedzieć, co powstaje na ich terenie, na jakich warunkach i jakie będą z tego dla nich korzyści. To członkowie Spółdzielni są właścicielami gruntów i tylko oni mogą decydować o ich przeznaczeniu. Każda ewentualna inwestycja powinna przynosić konkretne korzyści wszystkim członkom. Nie może korzystać z naszego majątku bardzo mała garstka osób, często niebędących członkami WSM. Obecnie dopłacamy do tych inwestycji. Pytam, komu miała służyć inwestycja Lindego. Na pewno nie wszystkim członkom WSM. W praktyce wygląda to tak, że decyzje zapadają w wąskim gronie, a potem ludzie dowiadują się post factum.
WZ: Jak Pan ocenia obecny skład Rady Nadzorczej?
JK: Działanie tej 23-osobowej grupy osób oceniałem wielokrotnie na grupie „Głos z Wawrzyszewa”, którą polecam do czytania. Muszę przypomnieć, że główną i jedyną rolą Rady Nadzorczej jest nadzór i kontrola Zarządu – nic więcej. Uważam, że zasiadanie w Radzie Nadzorczej należy poprzedzić działalnością w osiedlu, wśród mieszkańców. Zostać członkiem Rady Osiedla, poznać strukturę oraz zapoznać się z dokumentami związanymi ze spółdzielczością. W obecnym 23-osobowym składzie jest wiele osób bez żadnego doświadczenia w działalności spółdzielczej. Według mnie kandydowali z dwóch powodów: wysokości diety oraz chęci rządzenia. Nie mam wątpliwości, że przy obniżeniu diet do 250 złotych brutto wybory do Rady Nadzorczej byłyby „łapanką”. Decydując o milionach wszystkich członków Spółdzielni, trzeba mieć przygotowanie merytoryczne. Uważam, że wielu osobom tego brakuje. Należy przeprowadzić eksperyment: jak głosowałyby 23 osoby w bardzo poważnej sprawie finansowej, gdyby nie mogły mieć kontaktu między sobą? Ja wiem – 95% by się wstrzymało. Zaznaczam, że ja nikogo nie chcę obrazić, jedynie mówię publicznie to, o czym inni dyskutują w kuluarach lub na bazarze.

WZ: Jak Pan odbiera hasło „oddajemy spółdzielnię spółdzielcom”?
JK: Wiem, kto rzucił to hasło. Dlatego pytam przewodniczącego – niech powie, komu chce zabrać Spółdzielnię. Był członkiem poprzedniej Rady Nadzorczej i dlaczego wtedy nie oddał Spółdzielni spółdzielcom? Ciekawe, czy posiadanie tylko numeru członkowskiego powoduje automatycznie zostanie prawdziwym spółdzielcą?
WZ: Na sam koniec zapytam, czy Spółdzielnia powinna zostać podzielona?
JK: Moim zdaniem tak. Jest to bardzo duża Spółdzielnia, trudna w zarządzaniu. Dotychczas duże osiedla mają swoje administracje, są bliżej mieszkańców. Wydzielając się, pozbędą się wielu obecnie ponoszonych, a wtedy zbytecznych wielomilionowych kosztów. Pieniądze będą bardziej kontrolowane przez mieszkańców. Proces wydzielania się jest trudny, wiąże się z podziałem majątku, gruntów, infrastruktury – ale można to zrobić. Na pewno będzie opór grupy osób, która na tym straci. Począwszy od wszystkich pracowników z ul. Elbląskiej, a skończywszy na Radach Osiedli, które przestałyby funkcjonować. Mamy przykład Spółdzielni „Przy Sadach”. Za mojej kadencji brałem udział w rozmowach dotyczących tego wydzielenia.
WZ: Bardzo dziękuję za rozmowę.
JK: Dziękuję. Chyba rzetelnie zapoznałem Czytelników Państwa Gazety z moją działalnością w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.






















Napisz komentarz
Komentarze