Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
poniedziałek, 15 kwietnia 2024 08:50

Rodzinna pasja i rodzinna historia z Żoliborzem w tle

Gaja Kuroń i Jakub Kuroń opowiedzieli nam co łączy ich z Żoliborzem, dlaczego w życiu wybrali kulinarną drogę wytyczoną przez Ojca – Macieja Kuronia a nie polityczną śladami Dziadka – Jacka Kuronia oraz o tym jak gotowało się i gotuje w rodzinie Kuroniów. Na koniec zaserwowali nam swój sprawdzony przepis na domowy zakwas na żurek. Rozmowa z tym uroczym Rodzeństwem była czystą przyjemnością, zapraszam do lektury.
Co prawda jest już po świętach ale dobry przepis na żurek jest zawsze w cenie. Zapraszamy do przeczytania pełnej wersji wywiadu z Rodzeństwem Kuroniów. 

Pozwolę sobie najpierw zwrócić się do Kuby - znamy się z Izabelina, byliśmy sąsiadami, ale to nie jedyne miejsce, które jest bliskie Twojemu i mojemu sercu. Ciepłe uczucia żywimy oboje również do Żoliborza. Opowiedz nam, czy czujesz się związany z Żoliborzem?

JK: Jak najbardziej. Historia naszej rodziny od kilku pokoleń wstecz jest związana z Żoliborzem. Dziadek mieszkał na Mickiewicza w tym słynnym mieszkaniu na Mickiewicza, gdzie rodził się ruch opozycyjny, korowski i nie tylko. Tam znajdowała się centrala telefoniczna, gdzie odbierano różne telefony i przekazywano informacje dalej na zachód, obok jest tablica pamiątkowa, kamień w parku Żeromskiego, jest plac Jacka Kuronia, więc Żoliborz, można powiedzieć, w pewnym sensie jest przesiąknięty Jackiem Kuroniem. Dziadek żył tą dzielnicą, żył sprawami całej Polski, ale Żoliborz był bardzo bliski jego sercu. Gdy dziadkowie mieszkali na Żoliborzu, przyszedł na świat mój ojciec – Maciej. Rodzice mieszkali na Żoliborzu, gdy urodził się mój brat − Jasiek, potem przenieśliśmy się na Bielany na ulicę Schroegera, wiec wszystko działo się w ramach Żoliborza i Bielan. Potem wróciliśmy na Żoliborz i mieszkaliśmy tam razem z dziadkami ze strony mojej mamy i potem wyprowadziliśmy się do Izabelina Następnie, już jako dorosły człowiek, wróciłem na Żoliborz i zamieszkałem na tym samym osiedlu na Krasińskiego na czwartej kolonii. Już jako świadomy obywatel przesiąkłem tym klimatem. Uwielbiam okolice właśnie czwartej kolonii, Teatr Komedia, wszystkie parki dookoła, dawną ulicę Stołeczną, to, że mówię plac Wilsona a nie "Łilsona", bo tak podobno mówią żoliborzanie, te wszystkie miejsca przesiąknięte historią, II Wojną światową, Powstaniem warszawskim, Cytadela Warszawska, no i oczywiście tym, że to były moje pierwsze lata dzieciństwa. Łobuzowanie w starej kotłowni przy ulicy Suzina, ganianie się z dzieciakami z sąsiednich kolonii. To były takie czasy, że między nami zawsze powstawały jakieś animozje. Gonił nas pan cieć z kotłowni, było naprawdę fajnie. Beztroskie czasy. Zapuszczaliśmy się aż do Kępy Potockiej, nikt wtedy nas nie pilnował, to były beztroskie czasy. Dziś mieszkam na Bielanach, ale należę do żoliborskiej spółdzielni mieszkaniowej, więc nadal mam z Żoliborzem coś wspólnego, ale wystarczy, że wsiądę na rower, dwa razy zakręcę pedałami i z powrotem jestem na Żoliborzu. Jeżdżę sobie po parkach, odkrywam nowe miejsca. To jest dzielnica, którą można cały czas zwiedzać i odkrywać na nowo.

Ty, Gaju, kiedy poznałaś Żoliborz? Przecież jako dorosła osoba nie miałaś okazji zaglądać już do dziadka Jacka Kuronia na Mickiewicza?

GK: Wychowywałam się w Izabelinie, dopiero jako 20 latka podjęłam świadomą decyzję o przeprowadzce i stwierdziłam, że nie ma innej opcji jak mieszkanie na Żoliborzu, po pierwsze dlatego, że jest blisko domu rodzinnego w Izabelinie, po drugie, dlatego, że blisko do brata, po trzecie dlatego, że mamy tam mieszkanie dziadków, a więc była taka możliwość i było to wygodne. Dla mnie to była świetna decyzja, okolica wspaniała, mama nawet mówi, że poznaje twarze ludzi sprzed lat, to świadczy o tym, że jest tu wyjątkowo i chętnie się tutaj wraca. Na Żoliborzu ludzie są inni, jeśli mam cokolwiek do załatwienia, staram się to robić na miejscu , tu mogę liczyć na serdeczność i otwarcie. Do dziadka jeździłam na Mickiewicza, dziadek odszedł jak miałam 8 lat, ale dobrze pamiętam 23. 11, rocznicę śmierci babci Gai, jak się wszyscy zjeżdżali co roku, pamiętam te spotkania, staram się chodzić do parku Żeromskiego, tam gdzie jest kamień upamiętniający dziadka Jacka Kuronia, przy okazji odwiedzam Prochownię, to jedna z moich ulubionych miejscówek na Żoliborzu.

Właśnie wyprzedziliście trochę moje następne pytanie o Wasze ulubione miejsca na Żoliborzu, zatem zadam je może bardziej od strony kulinarnej. Czy macie jakieś swoje ulubione restauracje na Żoliborzu, gdzie chętnie jadacie? Co sądzicie o kulinarnej sferze Żoliborza i o plebiscycie wśród mieszkańców na najlepszą restaurację roku na Żoliborzu?JK:

JK: Nie włóczymy się wyjątkowo po restauracjach, ale oczywiście od czasu do czasu mamy ochotę gdzieś wyjść a ze względu na to, że oferta gastronomiczna restauracji w Warszawie jest tak bogata, nie skupiamy się tylko na Żoliborzu. Żoliborz kiedyś był taką pustynią gastronomiczną a dziś stwierdzam, że już nie nadążam nad tym ile lokali otwiera się na Mickiewicza, przy pl. Inwalidów, dlatego kiedyś musimy się razem wybrać i coś mi podpowiesz (śmiech), bo lepiej się pewnie orientujesz, a sama inicjatywa na restaurację roku na pewno pomoże w poznaniu tych nowych miejsc i w wyborze dobrej restauracji. Mogę powiedzieć jednak, że zawsze kiedy odwiedzałem restaurację Kotłownia byłem zadowolony. To dobra śródziemnomorska kuchnia, ale jeśli mam ochotę na kuchnię polską, a w szczególności na leniwe to muszę polecić Bar Sady. Myślę, że niewiele miejsc może się równać jeśli chodzi o to danie. Moja mama jadała tam jako młoda dziewczyna i wspomina różne dziwne dania np. śledź z ziemniakami w piątek, barszcz czerwony z fasolą, dania mleczne, bezmięsne jak sama nazwa wskazuje. Mam więc sentyment do tego miejsca, ale lubię je jeszcze z jednej przyczyny, ponieważ tam przychodzą rożni ludzie, jest to przekrój społeczeństwa. Można spotkać pana z akordeonem, nikomu to nie przeszkadza, że zbiera za to pieniądze. Tam jest zupełni inny klimat, można poczuć się swobodnie. Nie lubię jak w restauracjach typu fine dining obsługa nadskakuje mi i wręcz narzuca się. W Barze Sady mam wrażenie, że jest atmosfera domowa. Nie wszystko co podają jest godne polecenia, ale leniwe są rewelacyjne. Lubię miejsca, gdzie mogę wejść z psem, często chodzimy z naszą suczką Fifi i uważam, że wejście z psem nie umniejsza rangi lokalu, tak jest w Jaskółce, co cenię. Oboje z siostrą lubimy pawilony na Popiełuszki, jest tam swobodny klimat, można napić się dobrego piwa w czeskiej piwiarni, ale też coś przekąsić i spotkać się na luzie z przyjaciółmi jak robi się cieplej. Dobrze kojarzy mi się również Pracovnia, gdzie nie zjemy co prawda, ale można spędzić czas przy nietypowym ukraińskim piwie i posłuchać muzyki na żywo. Jeśli chodzi o żoliborską ofertę, to brakuje mi właśnie nieco więcej takich streetfoodowych lokali

 GK: Mieszkam w mieszkaniu, w którym wcześniej mieszkał właśnie Kuba, zatem podążałam początkowo jego śladami. Ale odkryłam miejsce, do którego chętnie chodzę kiedy nie chce mi się jechać nigdzie daleko. Jest to Prochownia, ale też właśnie Kufle i Kapsle na Popiełuszki. A jeśli chcę coś zjeść idę w kierunku pl. Inwalidów. Od niedawna lubię knajpy na Rydygiera. Trafiłam do Sypkiej Mąki i smakowało mi bardzo. Mają tam piec opalany drewnem, dlatego są tam bardzo dobre pizze, ale i sałatki, które bardzo lubię. Rzeczywiście to jest ciekawe zagłębie restauracji w otoczeniu nowych osiedli, ale czuć tam nadal żoliborską duszę.

Jak już jesteśmy przy jedzeniu, kto w Waszej rodzinie zapoczątkował pasję do gotowania?

 JK:  U nas w domu oczywiście ojciec to zapoczątkował, jeśli ktoś ma ochotę dowiedzieć się więcej to historię gotowania w naszej rodzinie opisuję w książce "Kuroniowie przy stole". To prababcia Maria, mama babci Gai, gotowała w rodzinie, przez to, że dom na Mickiewicza był taki a nie inny, nie było tam specjalnie czasu i warunków do gotowania i prowadzenia takiego tradycyjnego domu tata Maciej posyłany był na Mokotów do babci Marii i dziadka Mundka na obiady. Notabene, dziadek Mundek był masarzem tak więc miał swój sklep na rogu ul. Puławskiej i ul. Grażyny, wytwarzał wędliny, babcia gotowała a jedyną osobą, z którą dzieliła się swoją wiedzą o gotowaniu to właśnie był Maciek, który od najmłodszych lat zdradzał talent kulinarny. Mama i Tata znali się od podstawówki i to tata jej pomagał ugotować pomidorówkę, jak zostawała sama w domu. Już jako dorosła para często jeździli w różne dzikie miejsca na wakacje, mieszkali np. w jaskiniach w Bułgarii, podróżowali biednie, ale ojciec zawsze myślał o zaopatrzeniu ich w jedzenie, przygotowywał w każdych, nawet najbardziej spartańskich warunkach posiłki. W późniejszych latach to gotowanie rozwinęło się na całego, gotował już cały czas.

W redakcji Gazety Wyborczej objął stanowisko kucharza, potem pojechał do CIA (Coolinary Institute of America), gdzie uzyskał dyplom i jego kariera potoczyła się już bardzo szybko. Był szefem kuchni w restauracji Studio Buffo, podjął się prowadzenia pierwszego kulinarnego programu telewizyjnego w Polsce w stacji TVN - Gotuj z Kuroniem, to musiało nieść za sobą ogromną popularność, tym swoim ciepłem zyskał wielką sympatię, ludzie do tej pory wspominają jego program, korzystają z jego przepisów. Potem to się przelało na nas.

 GK: U nas w domu kuchnia to nigdy nie był obowiązek. Nie było tak, że oglądaliśmy razem telewizję, my razem gotowaliśmy. Zawsze najlepsze imprezy są w kuchni i tak też było u nas w domu, kuchnia tętniła życiem codziennie i było tam wesoło. Pamiętam, że tata zawsze gotował dużo, mógł wykarmić pułk wojska jakby nagle się zjawiło, ojciec by wszystkich wykarmił. Oprócz tego, że gotowaliśmy codziennie obiady, tata zabierał nas na różne pokazy kulinarne, na których pomagaliśmy, nabijaliśmy szaszłyki, wędziliśmy kiełbasy, tata nas werbował do pomocy. Wstawaliśmy rano i braliśmy się do pracy, my wykonywaliśmy czarną robotę a tata siedział np. nad wielką deską mięsa, dzielił je i opowiadał nam o jedzeniu, warsztacie w kuchni, technikach kulinarnych, kuchniach świata. Było to dla nas naturalne. Przekazał nam ten warsztat i odziedziczyliśmy po nim to gawędziarstwo kulinarne.

Dużo gotowania, dużo jedzenia, towarzystwa, zabawy ale kto to wszystko sprzątał?

GK: Tata nauczył nas tego, że każdy kucharz sprząta na swoim stanowisku, pamiętam, że tata zawsze dzielił zadania. Ja robiłam sosy. Do dziś wspominam jak bolała mnie ręka po kręceniu majonezu z 7 żółtek. Było tak, że sprzątaliśmy na ile mogliśmy, ale ostatecznie mama musiała wkroczyć.

 JK: Oj tak, ojciec nie byłby tym kim został bez mamy, mama trzymała to wszystko w ryzach, tak jak teraz moja żona Bogusia, tak jak kiedyś u Gai i Jacka. Logistyka i cyferki zawsze były po stronie kobiet w rodzinie Kuroniów.

 GK: (śmiech) Bez kobiet to by dużo nie podziałali, to była i jest symbioza.

Wasi męscy przodkowie mogli jednak te tory ułożyć w innym kierunku, bardziej politycznym niż kulinarnym. Pradziadek Henryk Kuroń był działaczem PPS, w czasie wojny działaczem konspiracyjnym. Dziadek Jacek Kuroń, jeden z przywódców opozycji w czasach PRL, dwukrotny minister pracy, poseł. Wasz Tata obrał jednak inny kierunek, Wy również. Czy polityka Was nie kusiła? 

JK: Studiowałem socjologię i wtedy może trochę o tym pomyślałem, ale ostatecznie jednak zawsze twierdzę, że polityka dzieli a gotowanie łączy ludzi. Mam inne pola, w których mogę się realizować i to jest fajne, że robię rzeczy, które kocham i bardziej staram się wspierać sektory pozarządowe, NGO, jeśli mogę to staram się pomagać stowarzyszeniom, fundacjom, ludziom, którzy robią coś dobrego a nie czuję potrzeby, żeby wspierać jakiś konkretny ruch polityczny. Wychowani zostaliśmy w duchu socjalistycznym i w duchu tolerancji, mam tu na myśli potrzebę pomocy słabszym, mówiono nam w domu, że jak kogoś biją to powinniśmy się za nim wstawić. Dlatego też jeśli widzimy inicjatywę pomocy słabszym to ją wspomagamy. Fundacja Kuroniówka, to jedna z takich inicjatyw. Pomagamy osobom niepełnosprawnym fizycznie i intelektualnie, wprowadzamy je do branży gastronomicznej. To są ludzie, którzy odpowiednio pokierowani, w odpowiednio sprofilowanym miejscu mogą się realizować. Wolę w ten sposób działać niż pchać się do polityki, ale oczywiście wypowiem się jeśli coś mnie oburza, czy jeśli ktoś opluwa dobre imię naszego dziadka.

Czy Ty Gaja też wyznajesz raczej zasadę pomocy oddolnej, czy może jako młoda osoba i silna kobieta wyłamiesz się i pójdziesz w ślady dziadków i zostaniesz politykiem?

GK: Nie (śmiech), na razie nie czuję tego. Mama, Kuba i Jasiek musieli mi trochę naświetlić historię działalności dziadka Jacka Kuronia, mnie nie miał kto w tym kierunku pociągnąć, byłam za mała. Teraz jak obserwuję to, co dzieje się w polityce tym bardziej mnie to nie kusi. Rzeczywiście staram się działać poprzez fundację Kuroniówka oddolnie, tak jak mówił Kuba, wspieramy wszelkie cenne inicjatywy, pomagamy jak możemy. Miałam okazję prowadzić kilkakrotnie warsztaty edukacyjne, to jest bardzo potrzebne. Ludzie będący w gorszej materialnie sytuacji, o dziwo, często nie mają pojęcia jak oszczędnie podejść do tematyki przygotowania jedzenia, a co za tym idzie do niemarnowania jedzenia. Spotkałam się z twierdzeniem, że obiad sprzed dwóch dni nie nadaje się do jedzenia, że należy go wyrzucić bo jest zepsuty, a przecież to nie prawda. Edukacja jest potrzebna. Teraz już nie chodzimy z zupą tzw. kuroniówką i jej nie rozdajemy, ale staramy się w nowatorski sposób pomagać potrzebującym.

JK: Z takich ciekawszych sposobów wsparcia wspomnę o ostatniej akcji, podczas której przygotowaliśmy przepisy kulinarne w formie piktogramów dla osób z problemami komunikacji werbalnej. Ostatnio też z Fundacją Otwarte Drzwi weszliśmy w projekt aktywizacji zawodowej osób z różnego rodzaju dysfunkcjami. Polega to na tym, że taka osoba ma asystenta, który przygotowuje ją do samodzielnej pracy. Jeśli ktoś ma pomysł na to, abyśmy mogli wesprzeć jakąś akcję, jesteśmy otwarci.

Wracając do „kuroniówki”. Dużo osób myśli, że to Wasz dziadek − Jacek Kuroń sam ją gotował. Wiemy, że tak nie było, ale czy dziadek miał jakiś talent kulinarny? Czy było coś, co wyjątkowo lubił? Czytałam gdzieś, że były to pomidory? Podobno lubił też pierogi z racji pochodzenia. Urodził się we Lwowie.

GK: Z tego co wiem to dziadek do kuchni nawet nie był chętnie wpuszczany, był bardziej kojarzony z herbatą i papierosem, miał apetyt, ale żeby gotował to niekoniecznie (śmiech).

JK: Faktycznie, pomidory były jego miłością. Robił samodzielnie ketchup. W książce zamieściłem przepis. Dodawał czosnek i żurawinę. W okolicach placu Wilsona kupował najlepsze pomidory. Robił też jajecznicę (oczywiście z pomidorami i z papryką) po bałkańsku - tak to nazwaliśmy. Pierogi ruskie uwielbiał. U nas zawsze na święta prócz pierogów z kapustą musiały być jeszcze ruskie. Dziadek najbardziej lubił je posypane grubą warstwą świeżo zmielonego pieprzu, może ze względu na wypalone dwa miliardy papierosów i wypite hektolitry czarnej herbaty (śmiech). Miał zaburzony smak i mógł tak mocno doprawić te pierogi, ale rzeczywiście to było jego przysmakiem. Nasze pierogi ruskie od innych odróżniało też to, że ojciec dodawał do farszu odrobinę sera pleśniowego. Do tej pory tak je przyrządzamy. Generalnie dziadek nie delektował się jedzeniem, jadł by żyć. Ale jak już był bardzo chory, uciekł kiedyś ze szpitala, cały oklejony rurkami, w szlafroku i przyjechał taksówką do restauracji taty. Oczywiście kazał podać sobie pierogi. Zjadł pierogi i wrócił do szpitala. Do gotowania nie miał zupełnie głowy, nie miał żadnych umiejętności. W domu na Mickiewicza gotowało się dużo i tradycyjnie. Kuchnią zajmował się szalony dziadek Henryk, inżynier, który w jednym garnku gotował fasolkę po bretońsku na trzy dni, namaczał ubrania przed praniem, galwanizował klamry do ubrań i robił też różne mikstury, które później wybuchały.

Czy kuchnia młodych Kuroniów jest zatem kuchnią szaloną jak eksperymenty dziadka Henryka, czy raczej tradycyjną, jak jego fasolka po bretońsku?

GK:  Teraz jest duża konkurencja, jeśli chodzi o gotowanie. Dlatego, żeby się wybić trzeba cały czas iść do przodu i wymyślać coś nowego. Skończyłam dietetykę i postanowiłam trochę bardziej pójść w tę stronę. Dobrze mieć świadomość tego, co jemy, potrafić policzyć kaloryczność. Moją inspiracją jest kuchnia azjatycka, którą bardzo lubię, ale nie zawsze ludzie są nią zainteresowani. Toteż Kuba zauważył, prowadząc stronę internetową po tacie, że najbardziej chodliwe przepisy to przepisy proste, ze składników łatwo dostępnych.

JK: Powiem tak, u nas to się dzieli na kilka sfer. Jest firma Kuroniowie, są diety pudełkowe, jest catering, jest też bistro. Tak więc trzeba być bardzo wszechstronnym. Szkolimy się, kształcimy się. Razem jesteśmy w stanie stworzyć wszystko. Bazujemy na polskich produktach, regionalnych, sezonowych. Szukamy wytwórców lokalnych, nie kupujemy masowo. Staramy się kupować wszystko najlepszej jakości. Inną kwestią jest mój blog. Tak jak Gaja powiedziała, tam staram się udostępniać i podpowiadać przepisy dla każdego. Jestem bliżej kuchni rodzinnej, tradycyjnej. A jeśli chodzi o moją ulubioną kuchnię, to jest to kuchnia polska, którą staram się nieco urozmaicać, wykorzystując nowoczesne techniki np. wędzenie śmietany, czy produktami jak np. kawiorem z ogórka. Ale najważniejsza dla mnie jest jakość. Interesuje się również kuchnią staropolską, taką autentyczną, na bazie Compendium Ferculorum.

Kuba już wspomniał o przepisach, o ich sezonowości. Podzielcie się, proszę, z naszymi Czytelnikami pomysłami na urozmaicenie tradycyjnych stołów wielkanocnych.

GK: W rodzinie Kuroniów święta są bardzo tradycyjne, lubimy jajka, sałatkę jarzynową i wszystko to, co jest w koszyczku wielkanocnym.

JK: Zarówno Wielkanoc jak i święta Bożego Narodzenia bardzo celebrujemy. Cały rok czekamy na te tradycyjne dania, bo przecież nie jemy ich na co dzień. Już jak o tym mówię to mam ochotę na te dania. Lubię święta, lubię się w tym okresie męczyć w gastronomi. Większość kucharzy, z którymi pracuję, mówi, że ma dosyć świątecznego żarcia i ma największą ochotę na kebaba. A ja i tak mam chęć na wigilijne potrawy, bo je zwyczajnie lubię i czekałem na nie cały rok. Z Wielkanocą jest podobnie. Są to święta tradycyjne, ale staramy się nieco je urozmaicić. W tym roku planujemy zrobić gravlaxa marynowanego (przyp. red. tradycyjne dla kuchni skandynawskich danie przyrządzane z surowego łososia peklowanego w soli z dodatkiem cukru i koperku) i podamy go z sałatką wakame (przyp. red. japońska sałatka z wodorostów). Polecamy proste rozwiązania: takie jak jajka w majonezie z dodatkiem dobrego kawioru czy własna wędlina przygotowana ze schabu z pończochy lub zakwas z żytniej mąki. Mam nawet taki przepis w zanadrzu z kilkoma nietypowymi dodatkami.

Bardzo proszę zatem o ten tajemny przepis dla naszych Czytelników na żur wielkanocny. Bardzo dziękuję Wam za rozmowę i życzę Wam oraz całej rodzinie Kuroniów wesołego jajka.

GK i JK: Dziękujemy, wszystkiego dobrego.

PRZEPIS NA DOMOWY ZAKWAS NA ŻUREK

Tak jak barszcz bożonarodzeniowy zyskuję duszę dzięki zakwasowi buraczanemu, tak nie wyobrażam sobie żuru wielkanocnego bez żytniego zakwasu. Obowiązkowo dodaję mąkę żytnią typ 2000 to znaczy z pełnego przemiału. Warto wybrać mąkę z dobrego źródła, ja skorzystałem z mąki „Swoja mąka”. Podobno jest to młyn z 700 letnią historią i mieli ziarno z okolicznych małopolskich miejscowości. Nie zapomnijcie dodatku świeżego czosnku, liścia laurowego i ziela angielskiego oraz szczypty soli. Jak dojdziecie w tym procesie do wprawy można zacząć eksperymentować. Dobrym pomysłem jest ukisić z resztą składników kilka suszonych grzybów lub nasypać odrobinę czarnuszki. Tak przygotowany zakwas na żurek wielkanocny to gwarancja sukcesu, nie zapomnijcie o dobrej białej kiełbasie do zupy .

Składniki:

3-4 łyżki mąki żytniej, najlepiej typ 2000 (grubo mielona)

5 nieobranych ząbków czosnku

3 liście laurowe

5 ziaren ziela angielskiego

½ łyżeczki soli

500 ml zimnej wody

Ew. kilka suszonych grzybów np. prawdziwków lub podgrzybków

Do wyparzonego, osuszonego słoika wsyp mąkę żytnią typ 2000, czyli z pełnego przemiału. Następnie dodaj resztę składników: czosnek, liście laurowe, ziele angielskie oraz sól. Ewentualnie dodaj kilka suszonych grzybów, zakwas nabierze niepowtarzalnego leśnego aromatu. Całość zalej wodą, przykryj gazą lub bawełnianą ściereczką. Odstaw w zacienione miejsce o temperaturze pokojowej na 4-5 dni, aż pojawi się kwaśny zapach oraz smak oczywiście. Można od razu wlać go do zupy lub przechowywać przez 2 tygodnie w zamkniętym słoju w lodówce.

[/FMP]


wywiad2

wywiad2

wywiad

wywiad


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
PRZECZYTAJ
słabe opady deszczu

Temperatura: 8°CMiasto: Warszawa

Ciśnienie: 1009 hPa
Wiatr: 6 km/h