
Tradycja tego zakładu sięga jeszcze sprzed czasów drugiej wojny światowej, prawda?
To, że zakład znajdował się tutaj przed wojną, wiemy od co starszych klientów. Zakład nie był rodzinnym biznesem od początku, w czasach PRL-u znajdował się w tym lokalu zakład polifoto, w którym mój tata był zatrudniony. Przejął go w roku 1990, ale pracuje w nim od 43 lat. Od 14 lat w zakładzie jestem również ja i od tego momentu jesteśmy rodzinną firmą. Jesteśmy bardzo związani z tym miejscem.
Mieszkają tutaj Państwo gdzieś niedaleko?
Ja nie, mieszkam po drugiej stronie Wisły, ale sercem dalej jestem tutaj. Ale rodzice owszem, mieszkają niedaleko, tata jest z Żoliborza. Jesteśmy bardzo zżyci z tą ulicą.
Jak zmieniło się prowadzenie tego biznesu na przestrzeni lat? Pani jest tutaj od 14 lat, ale jak funkcjonuje zakład pamięta od dziecka?
Dużo się zmieniło, od niedawna wraca moda na negatywy, które były popularne w latach 90 i na początku lat dwutysięcznych. Potem ich popularność spadła, a od kilku lat znowu dużo osób zaczyna się w to bawić. Na pewno zmieniła się fotografia wraz z wejściem fotografii cyfrowej, zmieniła się kompletnie technologia, zmieniły się wymogi zdjęć do urzędu więc staramy się za tym nadążyć. No i oczywiście staramy się nadążyć za tym co chcą klienci. Jak pojawiła się potrzeba wykonywania zdjęć biznesowych, takie też robimy i staramy się, aby każdy klient był zadowolony. Z czasem ludzie zaczęli również przynosić stare zdjęcia aby je odnawiać, więc również staramy się robić to jak najładniej i najbardziej profesjonalnie. Za czasów mojego dzieciństwa pamiętam, że zakład wyglądał zupełnie inaczej, zmieniał się sprzęt. Kiedyś była duża maszyna do wywoływania zdjęć, teraz są mniejsze drukarki, więc kompletnie inaczej wygląda to również od tej strony.

To była Pani decyzja, żeby zacząć prowadzić ten biznes razem z rodzicami, czy to oni popchnęli Panią w tę stronę?
Już jako dziecko obiecywałam rodzicom, że będę pracować razem z nim w zakładzie i dotrzymałam tego słowa! Poszłam w ślady rodziców, chodziłam również do tej samej szkoły fototechnicznej - do technikum fototechnicznego na ulicy Spokojnej 13 . Natomiast po skończeniu szkoły nie pracowałam jakiś czas w tym zawodzie, jednak zdecydowałam się tutaj wrócić i zająć się fotografią. I jak widać, mam się dobrze. Lubię tą pracę, klienci są fajni.
Jedna z klientek przyniosła Wam również jedno z najstarszych zdjęć zrobionych w tym zakładzie?
Zgadza się, jedna Pani podarowała nam to zdjęcie i wzbudza ono duże zainteresowanie wśród klientów. Jest z roku 1942, wszyscy zawsze są pod wrażeniem, że w trakcie wojny ludzie brali śluby i jak widać, para wygląda na bardzo szczęśliwą na tym zdjęciu. Moi rodzice również byli w szoku, kiedy dostali to zdjęcie, że tak od tak długiego czasu funkcjonuje tutaj zakład.
Klienci opowiadają Wam historie związane jeszcze ze "starym" zakładem?
Na pewno dużo klientów wspominają, że oni lub ich dzieci mieli tutaj robione zdjęcia ślubne lub komunijne. Jedna pani wspominała, że jej syn miał robione zdjęcie dokładnie na tym krześle. Kiedy byłam dzieckiem również robione zdjęcia na tym krześle i moja córka również ma na nim zdjęcie. Przyszła również Pani, która opowiadała, jak do końca życia zapamięta, kiedy w trakcie jej zdjęć komunijnych jej wujek bardzo chciał popatrzeć, jak się robi zdjęcia i był tak bardzo ciekawy, że się w końcu przewrócił. Zawsze będzie pamiętać, jak jej wujek przewrócił się i nie mógł wstać u fotografa na schodkach! Dużo ludzi ma właśnie takie wspomnienia stąd.
Mają Państwo grono starych klientów?
Tak, mamy klientów, którzy wysyłają nam po parę zdjęć i co parę dni przychodzą je odbierać i są w tym bardzo regularni. Mamy również klientów, ktorzy przychodzą zrobić sobie nowe zdjęcia do dokumentów lub takie biznesowe czy do CV.
Ma Pani nadzieję, że Pani córka również będzie chciała pracować tutaj?
Póki co ma 6 lat, więc jeszcze kawał czasu przed nią do takiej decyzji. Ale bardzo lubi tutaj przychodzić i twierdzi, że będzie tutaj pracować ze mną, żebym miała trochę czasu wolnego a ona będzie pracować za mnie.
Może będzie tak, jak z Panią? Pani też obiecała tacie, że będzie tutaj pracować.
Może też dotrzyma obietnicy! Jak najbardziej, jeśli tylko będzie chciała i jeśli tylko fotografia będzie funkcjonować w takim wydaniu jak obecnie.
Myśli Pani, że zawód fotografa może w najbliższym czasie się jakoś diametralnie zmienić?
Nie, staramy się utrzymywać wszystko tak, jak jest i żeby wszystko wychodziło tak, jak wychodzi od tylu lat. Mamy stałych klientów i również takich, co przychodzą przypadkowo. Dużo klientów mówi nam: "super, że państwo dalej są".
Zwłaszcza, że jak już Pani wspomniała, wraca moda na fotografię analogową. Coraz więcej osób kupuje sobie aparaty analogowe.
Dokładnie, bardzo dużo osób robi negatywy. Pytają, czy pomożemy im w założeniu filmu. To jest super, trzymam za nich wszystkich kciuki i niech się wkręcają, to fajna zabawa, więc czemu nie.
Wykonują Państwo zdjęcia tylko na terenie zakładu czy również w plenerze?
Nie, tylko w zakładzie. Jedyne sytuacje, w których wychodzimy poza zakład to kiedy robimy zdjęcia osobom, które nie mogą wychodzić z domu a potrzebują zdjęcia do dokumentów. Wtedy tata bierze sprzęt i rusza do nich, jeżeli ktoś nie może wyjść z domu lub leży w szpitalu, w takich sytuacjach jak najbardziej pomagamy.
Często się to zdarza?
Nie jakoś bardzo często, ale czasami. Dużo klientów też nie wie, że jest taka możliwość. Ale zachęcam, jeżeli ktoś ma taką potrzebę.

Znajduje się u Państwa również cała kolekcja aparatów.
Tak, czasami klienci przychodzą i oddają nam je w ramach prezentu. Te, które są stare i już nie działają, stawiamy tutaj a jeśli posiadamy jakieś sprawne, często oddajemy młodzieży, która jest bardzo wkręcona w robienie zdjęć i nie ma swoich aparatów, albo jeśli ich aparat się popsuł. Jeżeli jest taka możliwość, puszczamy takie oddane aparaty dalej w świat i wtedy mają drugie życie. A my mamy satysfakcję, że ktoś może jeszcze porobić sobie nimi zdjęcia.
Najstarszy aparat z tej kolekcji?
Najstarsze są te pierwsze trzy na początku, zwłaszcza ta mała skrzyneczka. Dużo klientów myśli, że to ten duży na górze, ale nie, on tylko wygląda tak spektakularnie! Ten brązowy jest na przykład produkcji przedwojennej. Ten czarny ma funkcję aparatu, kamery i projektora, więc na bogato jak na tamte czasy. Często klienci je podziwiają, dzieci lubią sobie na nie popatrzeć. Są poustawiane mniej więcej według wieku, ale też firmami, razem stoją w rządku te z dwoma obiektywami. Często klienci nam je przynoszą, więc zagęściło się, na początku stało ich tylko kilka, potem coraz więcej aż trzeba było dorobić do nich półkę. Jeden z aparatów ma tabliczkę, w którym miejscu został sprzedany: na ulicy Marszałkowskiej, jest nawet numer telefonu. Przed wojną był zwyczaj wybijania takich tabliczek na sprzedawanych aparatach.
Podobnie jest zaraz obok, u zegarmistrza, Pana Mirosława u którego byłam ostatnio. Również jest mnóstwo historycznych zegarków.
Tak, to prawda, co do niego pójdę to zawsze na nie patrzę.
Czyli odwiedzacie się tutaj Państwo, tak po sąsiedzku?
Tak, jak mamy jakieś potrzeby, to chodzimy i dobrze się znamy. Tak samo bywam często u Pana Michała w kawiarni obok, razem z mamą. Tata mówi, że wręcz nałogowo. Bardzo sobie sąsiadów cenimy.
Zwłaszcza, że Państwo i Pan Mirosław jesteście jednymi z najstarszych sąsiadów. Pan Mirosław przejął ten zakład od Pana Rudnickiego w latach osiemdziesiątych.
Faktycznie, na ulicy się sporo zmieniało, ale my tutaj jesteśmy długo i życzę nam, żebyśmy byli jak najdłużej.
Naprawy aparatów Państwo nie prowadzą?
Nie, zawsze odsyłamy do dwóch punktów, które wiemy, że robią to bardzo dobrze. Jeden z nich jest na ulicy Grzybowskiej 5, drugi na Ciołka 35. Obaj panowie super naprawiają, mają sprzęt dedykowany do tego i całe lata doświadczenia.
Niesamowite jest to, że zarówno Państwo jak i Pan Mirosław prowadzicie prócz swoich biznesów pewnego rodzaju centra, które skupiają ludzi zainteresowanych tematem: Pan Mirosław jeśli chodzi o zegarmistrzostwo a Państwo o fotografię. Z tego, co Pani mówi, mają Państwo spore grono pasjonatów.
Tak, jest mnóstwo osób wkręconych w fotografię, którzy przychodzą i opowiadają nam, co aktualnie robią. To jest fajne. Cieszę się, że klienci się nie poddają bo czasami, na początku, droga jest trudna z fotografią analogową. Aż w końcu zapoznają się dobrze ze sprzętem i robią naprawdę piękne zdjęcia, przynoszą kolejne negatywy. Oby jak najwięcej takich było.
Więcej jest starszych czy młodszych osób, zainteresowanych fotografią?
Chyba jest to kompletny miks. Są i osoby starsze, również takie, które dopiero uczą się obsługiwać cyfrową fotografię choćby na telefonie, czasami trzeba im pokazać, jak je robić, jak wysyłać i robią fajne postępy. Czasami małe dzieci, którym robię na przykład zdjęcia do dokumentów dzielnie stoją i patrzą, jak retuszuję ich zdjęcia i widać, że rośnie nam grono małych adeptów. Często ludzie znajdują też stare, poniszczone zdjęcia, które odnawiamy i staramy się, żeby przetrwały kolejne lata. Fajnie, kiedy są wyzwania, lubię mocno zniszczone zdjęcia, lubię je retuszować.
Często są to na pewno rodzinne pamiątki, które zaległy gdzieś na strychu?
Tak, przyszła do nas kiedyś Pani z albumem, który ostał się jako jedyna pamiątka z powstania. To była wręcz rodzinna relikwia. Cenimy sobie bardzo takie zdjęcia, nasłuchamy się wielu historii.
Pan Mirosław naprawia urządzenia, dzięki którym ludzie mogą obserwować, jak czas ucieka. Państwo z kolei ten czas w pewien sposób zatrzymujecie.
Dokładnie tak i cieszymy się, że coraz więcej osób przynosi nam również swoje prace, aby się nimi pochwalić.
Wiele twarzy musi się człowiek naoglądać w takim zawodzie, prawda?
Dużo, nie sprawdzam, ile rocznie mamy zdjęć zrobionych. Ostatnio się mnie nawet klientka pytała, czy śnią mi się ludzie ze zdjęć. Staram się tak bardzo nie zapamiętywać twarzy, jak na początku. Ale jest myśl, że osoby ze zdjęć mogą się pojawiać w snach. Często nawet mijam ludzi przelotem, na ulicy i zastanawiam się na przykład: "skąd ja znam tego pana". A potem po godzinie orientuję, się, że robiłam mu zdjęcia.
Są jakieś nietypowe prośby, z którymi klienci do Państwa przychodzą?
Zdarzają się prośby o zdjęcie pieska - jak już są, proszą również o sfotografowanie pieska. Bardzo mnie to cieszy, bardzo lubię, jak pieski przychodzą na zdjęcia. Czasami zdarzają się prośby o wyretuszowanie czegoś, na przykład, jak ktoś przychodzi z podbitym okiem, ale potrzebuje zdjęcia. Spełniamy możliwie wszystkie prośby i życzenia. Zdarzają się również prośby o usunięcie kogoś ze starego zdjęcia, albo połączenie dwóch osób z różnych zdjęć na jednym. To również da się zrobić.
To już nawet nie jest zatrzymywanie czasu, tylko wręcz lekka manipulacja nim. Uprawiają Państwo magię w zakładzie.
Odrobinkę! Ale uznajmy, że w ramach zdrowego rozsądku. Takie małe czary-mary, ale nie odmawiam klientom, jeśli ma to sprawić frajdę.
Pewnie również oprogramowanie do retuszowania mocno zmieniło się w czasie?
Jak ja poszłam do szkoły to wchodziła fotografia cyfrowa i to był duży przełom, więc uczyłam się mniej więcej na programach podobnych do tych, których się używa teraz. Ale jak byłam mała przychodziłam z rodzicami i pamiętam, że retuszowało się zdjęcia na tej desce, która tam stoi. W ramach zabawy dostawała, jakieś niepotrzebne negatywy, buźki, i takim specjalnym ołówkiem sobie je retuszowałam. Także jestem wszechstronna! Retuszowało się zdjęcia na pulpicie szklanym - od tyłu podświetlano negatyw w okienku, żeby dobrze było widać postać, a zmarszczki usuwało się zamalowując je na negatywie bardzo delikatnym, specjalnie przygotowanym ołówkiem. Za dziecka to była fajna zabawa. Teraz też lubię retuszować, mimo, że już w inny sposób. Teraz komputery robią sporo za nas, ale dalej retuszujemy zdjęcia ręcznie.
A jaka jest historia tych zdjęć wiszących u Państwa przy wejściu?
A te dwa zdjęcia należą właśnie do pana zegarmistrza. Przyniósł nam je kiedyś i były tak piękne, że je powiesiliśmy. U nas jest trochę vintage. Często klienci zgadują, w których miejscach Warszawy zostały wykonane fotografie.
Czego Pani by Państwu, zakładowi życzyła na przyszłość?
Żeby ludzie nadal lubili robić sobie zdjęcia i żebyśmy dalej mieli tak wspaniałych klientów, jakich mamy.

Napisz komentarz
Komentarze